Zęby kontra Cienie Próżni

Siedemnastoletni Adam trafia na ślad sabotażu past do zębów w Starym Mieście i schodzi z Mają do podziemi, gdzie czeka na nich coś, co zna ich imiona.

Na obrzeżach starego Grodu noc miała swój własny oddech: chłodny, wilgotny i pełen szelestów dobiegających z miejsc, których nikt od lat nie chciał sprawdzać. Adam siedział na poddaszu, zgarbiony nad laptopem, i przeklinał w myślach temat na biologię. Wszyscy wokół zdążyli już zabłysnąć sercem, mózgiem albo genetyką. Jemu przypadł układ pokarmowy, a termin oddania pracy wisiał nad nim jak wyrok.

Kliknął w kolejny link, bardziej z bezsilności niż z ciekawości. Forum „Jamoustarni” otworzyło się niemal natychmiast, jakby ktoś tylko czekał, aż tam trafi. Jeden post wyróżniał się pośród reszty: „Cienie Próżni”. Krótki wpis, bez podpisu, bez wyjaśnień. „Ktoś sabotuje pasty do zębów na Starym Mieście. Kto odważy się sprawdzić, gdzie znikają kolejne tubki?”

Adam odchylił się od ekranu. Tydzień wcześniej w drogerii naprawdę widział coś dziwnego: dwie wysokie sylwetki przy półce z pastami, za ciemne, zbyt nieruchome jak na zwykłych klientów. Wtedy uznał, że po prostu jest przemęczony. Teraz to wspomnienie wróciło z nieprzyjemną ostrością. Bez zastanowienia wrzucił do plecaka latarkę, zeszyt, telefon i szczoteczkę, jakby to miało mu dać przewagę.

Maja czekała na niego przy bocznym wejściu do dawnego domu kultury. Miała kaptur naciągnięty nisko na czoło i ten wyraz twarzy, który oznaczał tylko jedno: właśnie wpadła na trop, którego nie zamierzała odpuścić. Od dawna ciągnęło ją do opuszczonych miejsc, ale tym razem nie wyglądała na rozbawioną. Raczej na kogoś, kto wie za dużo i właśnie żałuje, że zaczął pytać.

Pod starą sceną znaleźli wygiętą kratkę wentylacyjną. Z wnętrza sączył się dziwny, słodkawy zapach mięty, tak intensywny, że aż piekły od niego oczy.

Maja spojrzała na Adama, a potem pchnęła kratkę. Metal zgrzytnął głucho i ustąpił.

Za nią rozciągał się wąski korytarz. Po obu stronach stały półki, a na nich piętrzyły się setki pustych tubek po paście do zębów, porozrywane opakowania i niedokończone szczoteczki, jakby ktoś budował z nich coś, czego nie powinien widzieć nikt na powierzchni. Ich kroki odbijały się od ścian i natychmiast ginęły w ciemności.

Na końcu tunelu migotało blade światło. W jego zasięgu poruszały się sylwetki, zbyt wysokie, zbyt ciche, by mogły być zwykłymi ludźmi.

Adam poczuł, jak lodowacieją mu palce. Maja zacisnęła dłoń na latarce, ale nie zdążyła jej włączyć.

Z ciemności dobiegł ich głos, niski i spokojny, prawie szept.

– Wiedzieliśmy, że w końcu przyjdziecie. Macie coś, co należy do nas...