Łucja i Bartek znajdują na strychu stary zegar z tajemniczym napisem. Gdy próbują go uruchomić, świat wokół nich nagle znika, a oni trafiają w obcy, dawny czas.
Na strychu u Babci Marianny zawsze unosił się ten sam zapach: kurz, suszone jabłka i stara skóra z walizek, których nikt już nie otwierał. Łucja i Bartek lubili tam znikać, zwłaszcza gdy za oknami padał deszcz i cały ogród błyszczał od wody. Tego sobotniego popołudnia grzebali w wielkiej skrzyni pełnej kapeluszy, szalików i rzeczy, których nikt nie potrafił nazwać.
To Łucja pierwsza dostrzegła coś ukrytego w cieniu szafy. Wysoki, drewniany zegar stał przy ścianie tak cicho, jakby od lat tylko słuchał. Miał pękniętą tarczę, wahadło z ciemnego metalu i wskazówki zatrzymane dokładnie na 17:44. Na froncie obudowy ktoś wyrył jedno słowo: „Tajemnica”.
— Bartek… chodź tu — szepnęła.
Brat podszedł bliżej i zmrużył oczy. — Kto normalny podpisuje zegar takim słowem?
Łucja przejechała palcem po wyżłobionych literach. Drewno było chłodne, a jednak pod jej skórą przeszedł dziwny dreszcz. Obok tarczy zauważyła małą klapkę, której wcześniej nie było widać. Otworzyła ją powoli. W środku błysnęła srebrna dziurka od klucza i mały przycisk z napisem „Start”.
— Nigdy tego nie widziałam — powiedziała cicho, choć byli tu setki razy.
Bartek wyjął z kieszeni stary klucz, znaleziony kiedyś w ogrodzie, przy zarośniętej furtce. — A jeśli właśnie po to go znaleźliśmy?
Wsunął klucz do zamka.
Najpierw nic się nie stało. Potem usłyszeli cichy trzask, jakby w środku zegara obudziło się coś, co spało bardzo długo. Wskazówki drgnęły. Wahadło zakołysało się samo, coraz szybciej, aż cały zegar zaczął wydawać niski, drżący dźwięk.
Światło na strychu pociemniało. W powietrzu zamigotały srebrne punkty, jakby ktoś rozsypał garść gwiazd między belkami dachu. Łucja chwyciła Bartka za rękaw.
— Bartek, ja…
Nie dokończyła.
Poczuli gwałtowne szarpnięcie, jakby podłoga uciekła im spod nóg. Wszystko zakręciło się wokół nich razem z kurzem, światłem i biciem zegara. Rozległ się głuchy dźwięk dzwonu, a potem zapadła nagła cisza.
Kiedy otworzyli oczy, strych zniknął.
Stali pośrodku szerokiej, brukowanej ulicy. Wokół przechodzili ludzie w strojach jak z dawnych fotografii, a po placu turkotały powozy zaprzężone w konie. Nad dachami wisiał blady blask poranka, ale wszystko wydawało się obce, zbyt ciche i zbyt stare.
Łucja mocniej ścisnęła dłoń Bartka.
— My chyba naprawdę…
Wtedy ktoś za ich plecami odezwał się spokojnym, ale bardzo wyraźnym głosem:
— Wy nie jesteście stąd, prawda?
Odwrócili się powoli.