Lena i Bartek wracają do opuszczonej pracowni dziadka i znajdują zegarek, który wyrywa ich z domu prosto w obce, dawniej wyglądające miasto.
Stara willa na końcu ulicy Kwiatowej od roku stała pusta, ale dla Leny i Bartka wciąż była pełna cudzych oddechów, szeptów i śladów po dziadku. Kiedyś zniknął bez pożegnania, zostawiając po sobie tylko zamkniętą pracownię, zapach kurzu i mnóstwo pytań, na które nikt nie umiał odpowiedzieć. Lipiec był w tym roku nieznośnie gorący, więc dzieci wróciły tam, gdzie zawsze ciągnęło je najmocniej.
Drzwi jęknęły tak głośno, jakby dom miał im za złe, że znowu wchodzą bez pytania. W środku panował półmrok rozcięty smugami światła wpadającymi przez brudne szyby. Na półkach leżały narzędzia, pożółkłe szkice, luźne kartki zapisane drobnym pismem dziadka. Lena podniosła z biurka mapę z naniesionymi dziwnymi strzałkami, a Bartek, bardziej zniecierpliwiony niż ostrożny, zaczął przesuwać ciężki regał w kącie.
Coś metalicznie uderzyło o podłogę.
— Mam coś — powiedział szybko, klękając.
Wcisnął w dłonie Leny niewielkie pudełko z matowego metalu. Było zimne i ciężkie jak kamień. W środku leżał zegarek, ale żaden, jaki widzieli wcześniej: ciemna koperta, niebieski wyświetlacz pulsujący pod szkłem i pokrętło pokryte wyrytymi symbolami, które bardziej przypominały znaki ostrzegawcze niż ozdobę.
— To chyba dziadka — szepnęła Lena. — Ale po co mu coś takiego?
Bartek nachylił się bliżej. Zegarek cicho tykał, choć nie miał wskazówek. Na moment wydawało mu się, że cyfry na wyświetlaczu nie są liczbami, tylko datami, które zmieniają się zbyt szybko, by dało się je przeczytać.
Zanim Lena zdążyła go powstrzymać, Bartek nacisnął czerwony przycisk na boku koperty.
Pracownię przecięło oślepiające, niebieskawe światło. Gdzieś za szybą rozległy się dzwony kościelne, ale ich dźwięk był dziwny, głębszy, jakby dobiegał sprzed wielu lat. Podłoga zakołysała się pod stopami dzieci. Regał zaskrzypiał, mapy zerwały się z biurka, a powietrze nagle zgęstniało, jakby cały pokój wciągano w wir.
Lena chwyciła Bartka za rękę.
Ściany pracowni rozmyły się, sufit zniknął w jasnej mgle, a potem wszystko urwało się tak nagle, jakby ktoś przeciął świat nożem.
Stali już nie w willi, tylko pośrodku brukowanego rynku. Nad dachami wisiało szare niebo, w powietrzu pachniało dymem, końmi i mokrym drewnem. Ludzie mijali ich w długich, obcych strojach, pchając wózki i drewniane fury. Lena odsunęła się o krok, oszołomiona, gdy Bartek zacisnął palce na jej nadgarstku.
Na środku placu, tuż przy wysokim zegarze miejskim, szedł mężczyzna bardzo podobny do dziadka. Prowadził za sobą grupkę dzieci, a jedno z nich właśnie odwróciło się prosto w ich stronę.
Lena wzięła krótki, urwany oddech.
Bartek już zrobił krok do przodu, kiedy zegarek na jego ręce znów rozbłysnął jaskrawym światłem.