Kasia i jej paczka zaglądają do sklepu starego zegarmistrza Rozencwajga i trafiają do piwnicy pełnej mechanizmów, notatek oraz zegara, który nie powinien istnieć.
Czerwcowy wieczór osiadał na Ulicy Cieni jak ciepły, pomarańczowy pył. Bruk wciąż oddawał dzień, a krzywe latarnie rzucały na fasady długie, poszarpane cienie. Dla Kaśki ta uliczka zawsze miała w sobie coś niepokojącego, ale oni i tak wracali tu po lekcjach, jakby przyciągał ich ten sam sekret: zapuszczony sklep zegarmistrza Rozencwajga, z witryną pełną starych tarcz i szybą tak brudną, że wnętrze wyglądało jak oglądane przez wodę.
Szymon czekał już pod oknem, wpatrując się w półmrok za szybą. Po chwili przyszły Kasia i Basia z papierowymi torbami pełnymi frytek, a zaraz za nimi przeciągnęli się chłopaki. W środku wisiały zegary różnej wielkości, każdy tykał w innym tempie, jakby odmierzał własny, prywatny czas. Kasia nie potrafiła pozbyć się wrażenia, że gdy patrzyła za długo na jedną z tarcz, reszta sklepu robiła się jeszcze bardziej nierzeczywista.
Rozencwajg rzadko wychodził do ludzi. Mówiono o nim różne rzeczy: że kiedyś miał rodzinę, że nocami nikt nie powinien zapuszczać się do środka, że przez szparę pod drzwiami czasem migają niebieskie światła. Dziś jednak stało się coś, czego nikt z nich nie przewidział. Stary zegarmistrz nie zamknął drzwi przed ich spojrzeniami. Podniósł głowę, jakby dokładnie wiedział, że tam stoją, i skinął na nich palcem.
– Chcecie zobaczyć coś, czego jeszcze nie widzieliście? – zapytał chropawym głosem.
Szymon wszedł pierwszy. W sklepie pachniało kurzem, wypolerowanym drewnem i chłodem, który nie pasował do czerwcowego wieczoru. Rozencwajg minął tykające zegary i poprowadził ich na zaplecze, aż stanął przy uchylonych drzwiach do piwnicy. Przez moment patrzył każdemu prosto w oczy, jakby chciał sprawdzić, kto jeszcze zdąży się wycofać.
– Nigdy tu nie schodziliście – powiedział cicho. – Lepiej patrzcie uważnie.
Schody były strome i popękane, a każdy krok wydawał głuchy, nieprzyjemny jęk. Na dole rozciągało się pomieszczenie większe, niż Kaśka się spodziewała. Pod ścianami leżały rozebrane mechanizmy zegarów, na stołach piętrzyły się pożółkłe kartki zapisane nerwowym pismem, a nad nimi wisiały tablice usiane symbolami, których nikt z nich nie potrafił odczytać. Pośrodku piwnicy stał ogromny zegar. Nie miał zwykłych wskazówek. Z jego tarczy wychodziły dwie fluorescencyjne spirale, obracające się w przeciwnych kierunkach.
Rozencwajg przełknął ślinę.
– Ten zegar nie odmierza czasu. On go zbiera.
Zanim ktokolwiek zdążył odpowiedzieć, spirale rozjarzyły się oślepiającym światłem. Metalowe półki zadźwięczały, ściany zadrżały, a z głębi piwnicy dobiegł odgłos, jakby ktoś właśnie uruchomił coś, co od dawna nie powinno działać. Kasia odwróciła głowę w stronę ciemnego kąta i zobaczyła, że jedna z pożółkłych kartek zsunęła się ze stołu sama, jakby ktoś właśnie ją wezwał.