W Miedzianym Lesie Mila, Igor i Lena znajdują tajemniczy zegar, który nie tylko liczy czas, ale też otwiera coś ukrytego między drzewami.
W Miedzianym Lesie nawet cisza miała swój ciężar. Liście połyskiwały w mroku jak przetarte miedzią, a paprocie rosły tak gęsto, że latarki Mili, Igora i Leny z trudem przeciskały się przez zielone ściany. Szli już od godziny, coraz bardziej pewni, że nic tu po nich, kiedy las nagle ucichł jeszcze bardziej. Nie śpiewał żaden ptak. Nie szeleściła trawa. Nawet ich własne kroki brzmiały, jakby ktoś stawiał je tuż pod ziemią.
— Wracamy? — szepnęła Lena, poprawiając pasek plecaka.
Nie zdążyli odpowiedzieć. Pod jej butem coś twardo zaskrzypiało. Dziewczyna zachwiała się i odskoczyła, a z mchu, jak z dna dawno zasypanego rowu, wyłonił się ogromny zegar na wysokiej, rzeźbionej podstawie. Miał popękany miedziany brzeg, tarczę ciemną jak zgaszone szkło i znaki zamiast zwykłych cyfr. Wskazówki poruszały się w odwrotną stronę, miarowo, bez pośpiechu, jakby odliczały coś tylko dla siebie.
Igor nachylił się pierwszy, zbyt blisko jak na zdrowy rozsądek.
— To nie jest żaden stary zegar z miasta — powiedział cicho. Jego głos zabrzmiał obco, stłumiony przez gęste powietrze. — Czujecie to? Jakby... robiło się ciaśniej.
Mila nie odpowiedziała. Na powierzchni tarczy migotało zielonkawe światło, a misternie wyryte symbole na ramie zaczęły drżeć, jakby budziły się ze snu. Wyciągnęła rękę. Palce miała zimne, ale metal był jeszcze chłodniejszy. Gdy dotknęła obudowy, las szarpnął się gwałtownie, jakby ktoś pociągnął za niewidzialną nić.
Na ułamek sekundy wszystko się przesunęło. Drzewa stanęły nie tam, gdzie powinny. Niebo pękło na cienkie, blade warstwy. Zamiast mchu pod ich stopami zamigotała kamienna posadzka, a zaraz potem obraz znów się skleił, lecz już nie do końca tak samo.
— Widzieliście to? — Lena ścisnęła gałązkę tak mocno, że aż pobielały jej knykcie.
Odpowiedział jej cichy stuk, choć zegar nie powinien jeszcze wybijać pełnej godziny. Z mgły, która nie wiadomo skąd spłynęła między pnie, zaczęła wyłaniać się postać bez twarzy, rozmazana i blada jak odbicie w wodzie. A potem las przemówił szeptami. Niektóre brzmiały jak głos Mili. Inne jak coś, czego żadne z nich nigdy wcześniej nie słyszało.
Igor zrobił krok w tył.
— Zostawmy to — powiedział.
Mila nie odsunęła dłoni od zegara. Zielone światło pulsowało szybciej, mocniej, jakby reagowało na jej oddech.
— Nie teraz — odparła. — On nas już zauważył.
W tej samej chwili wskazówki zatrzymały się z suchym trzaskiem. Nad ich głowami rozjarzył się blady błysk, a z głębi tarczy dobiegł niski, ciężki dźwięk, jakby zegar wybił godzinę, której nie było w żadnym kalendarzu.