W Akademii Cieni coś porusza się poza czasem. Lena i Wiktor znajdują klucz do ukrytych podziemi, a gdy schodzą niżej, budzi się ktoś, kto nie powinien tam czekać.
Mgła pełzła po brukowanym dziedzińcu Akademii Cieni jak coś żywego. Księżyc rozcinał ją srebrnym światłem, a wieże nad głowami Leny wyglądały jak ciemne ostrza wbite w niebo.
Przycisnęła się do chłodnego muru i nasłuchiwała. Kroków Wiktora prawie nie było słychać, tylko cichy szelest płaszcza i urwany oddech, jakby sam nocny chłód próbował go zdradzić. W końcu chłopak wysunął się z cienia i rozwarł dłoń. W środku coś błysnęło.
— Znalazłem to przy starej studni — wyszeptał.
Rozwinął kawałek czarnego aksamitu. Na tkaninie spoczywał metalowy klucz. Był ciężki, zimny i dziwnie stary, a na jego uchwycie widniał znak klepsydry.
Lena poczuła, jak przechodzi ją dreszcz. Od tygodni Akademia nie zachowywała się normalnie. W oknach przesuwały się cienie, choć w środku nie paliło się światło. Wieżowy zegar wybijał godziny tylko wtedy, gdy nikt nie patrzył na tarczę. A pod salą astronomiczną, tam, gdzie schody urywały się nagle w ciemności, drzwi pozostawały zamknięte od pokoleń.
— To musi być ten klucz — powiedziała. — Do podziemi.
Wiktor spojrzał na nią uważnie.
— Do Zegara Mroku?
Nazwa sama w sobie brzmiała jak ostrzeżenie. Krążyła po Akademii w szeptach i urwanych opowieściach: o starożytnym mechanizmie, który potrafił zatrzymać czas albo go rozedrzeć. Nikt jednak nigdy nie widział go naprawdę. Nikt poza tymi, którzy znikali z rozmów, gdy tylko padało to imię.
Lena wzięła klucz i zacisnęła palce na jego chłodnej powierzchni. W tej samej chwili gdzieś nad nimi zegar na wieży uderzył raz, głucho i zbyt późno, jakby sam się wahał.
Schodzili w dół spiralnymi schodami, coraz głębiej pod Akademię. Powietrze stawało się cięższe, wilgotne i zimne, a latarka wycinała z mroku tylko wąski, drżący pas światła. W końcu stanęli przed niskimi, żelaznymi drzwiami. W zamku błyszczał ten sam znak klepsydry.
Lena wsunęła klucz do środka. Zaskoczył od razu, jakby czekał właśnie na nią. Przekręciła go powoli.
Drzwi jęknęły i otworzyły się na wąski korytarz, w którym czas zdawał się stać nieruchomo. Z głębi dobiegało ciche, miarowe tykanie. Nie było głośne, ale po chwili Lena miała wrażenie, że dudni jej pod skórą.
Potem wszystko rozbłysło bladym światłem.
Na końcu korytarza stała postać w czarnym płaszczu. Kaptur skrywał twarz, ale Lena miała pewność, że ta istota patrzy prosto na nich. Wiktor odruchowo cofnął się o krok.
Tykanie przyspieszyło.
I wtedy spod ciemności rozległ się głos, niski i chropowaty:
— Za późno.