Zegar na szczycie wieży

W Rokoszu trójka nastolatków zauważa w opuszczonej wieży światło, którego nikt inny nie widzi. Gdy nocą podchodzą bliżej, stary zegar budzi się do życia.

Rokosz leżał między wzgórzami jak garść kamieni zapomniana przez świat. Na rynku, pośrodku niskich domów i pochylonych dachów, stała stara wieża z szarego kamienia. Mieszkańcy mijali ją codziennie, nie patrząc nawet w górę. Lena zawsze patrzyła.

Od kilku tygodni, zaraz po zmierzchu, w najwyższym oknie wieży zapalało się blade światło. Najpierw tak słabe, że mogło być odbiciem księżyca. Potem coraz wyraźniejsze, aż w końcu nie dało się już wmówić sobie, że to przypadek. Kiedy Lena opowiedziała o tym Filipowi i Weronice, okazało się, że oni też coś widzieli. Albo przynajmniej coś czuli: to dziwne wrażenie, że wieża patrzy na nich z powrotem.

W sobotnią noc spotkali się przy fontannie, gdy rynek był pusty i ciemny jak studnia. Wiatr szarpał chorągiewką na ratuszu, a wieża rzucała na bruk długi cień. Filip poprawił plecak na ramieniu i zmrużył oczy.

"Jeśli ktoś tam jest, to na pewno nie po to, żeby nas zaprosić na herbatę" - mruknął.

"Świetnie. To brzmi jeszcze gorzej niż wcześniej" - szepnęła Weronika, ale nie cofnęła się ani o krok.

Lena podeszła bliżej drzwi. Na żelaznej płycie, wokół klamki, wyrzeźbiony zegar miał zatrzymane wskazówki. Na 12:12. Kiedy Lena położyła dłoń na zimnym metalu, pod palcami przeszedł jej dreszcz. Z wnętrza wieży dobiegł cichy, pojedynczy dźwięk, jak uderzenie małego dzwonu.

W tej samej chwili wskazówki drgnęły.

Najpierw ledwo, o włos. Potem znów, wyraźniej, jakby ktoś po drugiej stronie obracał je powoli, z namysłem. Drzwi uchyliły się same, wypuszczając na rynek lodowaty podmuch pachnący kurzem, starym papierem i czymś jeszcze, czymś ostrym jak burza tuż przed uderzeniem.

W środku panował półmrok przecinany smugami bladego światła. Spiralne schody wiły się ku górze, a z najwyższych pięter dobiegało ciche, niespokojne tykanie, którego nie powinno być słychać na zewnątrz. Filip przełknął ślinę i wszedł pierwszy.

Zaledwie przekroczyli próg, drzwi zatrzasnęły się za nimi z hukiem. Na ścianach przemknęły cienie, choć nikt tam nie stał. Gdzieś wysoko odezwał się szept, tak wyraźny, jakby ktoś mówił im prosto do ucha: "Przyszliście za późno... albo dokładnie na czas."

Zegar nad nimi uderzył raz, potem drugi. Schody rozjarzyły się chłodnym blaskiem, a światło z góry wezbrało nagle, jakby coś ogromnego właśnie się budziło. Lena poczuła, że powietrze gęstnieje, przyspiesza, a czas wokół nich zaczyna płynąć inaczej.

I wtedy z ciemności nad schodami odezwał się ten sam głos, już wyraźniejszy, niecierpliwy i dziwnie podekscytowany: "Kto z was odważy się dotknąć serca zegara?"