Julia, Dawid i Lena schodzą do podziemi opuszczonego dworu, gdzie odnajdują mechanizm, który przenosi ich przez czas. Pierwszy skok otwiera coś znacznie groźniejszego.
Była północ, gdy Julia, Dawid i Lena weszli do opuszczonego dworu Pod Dębem. Drewno schodów jęczało pod każdym krokiem, a ich latarki rozcinały ciemność krótkimi, nerwowymi smugami. Portrety na ścianach patrzyły zbyt długo, zbyt uważnie, jakby ktoś przed chwilą tylko odwrócił od nich wzrok.
Miasteczko od lat omijało to miejsce. Mówiono o stukach dochodzących spod ziemi, o świetle w oknach, choć budynek stał pusty. Dla Julii to właśnie było najciekawsze: im więcej zakazów i plotek, tym większa szansa, że pod nimi kryje się coś prawdziwego. Dawid szedł pierwszy, bardziej z obowiązku niż z odwagi, a Lena co chwilę zerkała na drzwi, jakby już żałowała, że przyszła.
Po długim szukaniu Julia natrafiła na zeschnięty, ciężki dywan przy ścianie salonu. Pod nim była klapa. Z trudem odsunęli zardzewiałą zasuwę i zeszli w dół po schodach, które pachniały wilgocią, kurzem i czymś jeszcze — metalem, starym i zimnym. Piwnica była niska, zawalona gruzem i połamanymi skrzyniami. Pośrodku stał zegar. Ogromny, mosiężny, pokryty misternymi liśćmi i zwierzętami, których nikt z nich nie potrafiłby nazwać. Nie miał cyfr. Miał tylko tarczę i wskazówki, które poruszały się zbyt płynnie, jak na coś tak starego.
Lena podeszła pierwsza. Nie dotknęła go od razu, tylko zawahała się na ułamek sekundy, jakby poczuła zbliżający się chłód. Potem wyciągnęła rękę. Zegar odpowiedział natychmiast.
Przez piwnicę przeszedł lodowaty podmuch. Ściany jęknęły. Wskazówki nagle przyspieszyły, a z wnętrza mechanizmu dobiegł niski, przeciągły ton, jakby ktoś głęboko pod ziemią uderzył w niewidzialny dzwon. Światło latarek zamigotało, skręciło się w kolorowe smugi i pociągnęło ich w dół, w obracający się wir mroku.
Kiedy znowu zobaczyli cokolwiek wyraźnie, piwnicy już nie było. Stali na brukowanej ulicy, wśród ludzi w długich sukniach, cylindrach i ciemnych płaszczach. Powietrze pachniało dymem z kominków, końmi i deszczem. Ktoś minął ich tak blisko, że Dawid odruchowo cofnął się o krok. Mężczyzna w wysokim kapeluszu zatrzymał wzrok na Julii i skinął jej głową, jakby znał ją od dawna.
— To niemożliwe — szepnęła Lena.
Nie dokończyła. Dawid chwycił Julię za ramię i szarpnął ją w stronę rogu ulicy. Stał tam ktoś, kogo nie mogli tu spotkać. Ktoś z ich własnego czasu. Zegar w jej rękach zadrżał tak gwałtownie, że niemal wyrwał się z palców, a z jego wnętrza dobiegło ciche, urwane tykanie, coraz szybsze i bardziej rozpaczliwe.