Zegar profesora Wiatraka

Ala i Bartek znajdują w piwnicy zegar profesora Wiatraka, który przenosi ich do dawnego miasta. Na rynku trafiają na tajemniczego nieznajomego i znak, który może zmienić wszystko.

Ala i Bartek zawsze najbardziej lubili wakacje u dziadka Leona. Jego stary dom stał na końcu wąskiej uliczki, a za oknami szumiały jabłonie i ciężkie od kwiatów hortensje. Najbardziej fascynowała ich jednak piwnica, do której dziadek rzadko zaglądał i jeszcze rzadziej pozwalał wchodzić.

Tamtego ranka słońce wlewało się przez kuchenne okno, a dziadek drzemał w fotelu. Ala nachyliła się do brata.
– Teraz? – szepnęła.
Bartek tylko skinął głową.

Drzwi do piwnicy ustąpiły bez zwykłego skrzypnięcia, jakby same chciały ich wpuścić. W środku panował chłód, a w powietrzu mieszały się zapach kurzu, starego drewna i kiszonych ogórków. Na półkach stały równe rzędy słoików, obok opierał się zardzewiały rower dziadka, a w kącie leżał worek po ziemniakach.

Za workiem coś błysnęło.

Ala pierwsza przecisnęła się bliżej. W ciemności stał ogromny zegar, wyższy od niej o głowę. Miał kilka tarcz, mnóstwo cienkich wskazówek i kolorowe przyciski, jakby ktoś zbudował go z części od różnych maszyn.
– To chyba nie jest zwykły zegar – wyszeptał Bartek.

Dotknął mosiężnej dźwigni. W tej samej chwili z wnętrza urządzenia odezwał się zgrzyt, a potem trzask starej taśmy. Z głośnika popłynął znajomy, chropawy głos profesora Wiatraka, sąsiada dziadka i najlepszego wynalazcy w całej okolicy:

„Jeśli to słyszysz, to znaczy, że znalazłeś Zegar Przeszłości. Nie ruszaj niczego bez namysłu. Ustaw datę, naciśnij czerwony guzik i pamiętaj: nie każdy czas wita gości życzliwie.”

Ala i Bartek spojrzeli na siebie. W oczach obojga błysnęła ta sama myśl.
– Spróbujemy? – spytała Ala.
Bartek już przesuwał palcem po tarczy.

Wskazówka zatrzymała się na roku 1420.
Czerwony guzik wcisnął się pod jego palcem z cichym kliknięciem.

Najpierw wszystko zawirowało. Potem zgasło światło, podłoga uciekła spod stóp, a piwnica rozpadła się na tysiąc wirujących plam. Ala zacisnęła dłoń na rękawie brata i miała wrażenie, że spadają przez długi, bezdenny tunel.

Kiedy otworzyli oczy, stali pośrodku gwarnego rynku. Wokół krzątali się ludzie w dziwnych strojach, wozy skrzypiały na bruku, a z piekarni dolatywał zapach gorącego chleba. Ktoś nawoływał do straganów, ktoś inny śmiał się głośno, a Bartek odruchowo ścisnął rękę siostry jeszcze mocniej.

– Gdzie my jesteśmy? – szepnęła Ala.

Nie zdążył odpowiedzieć, bo tuż przed nimi przemknął chłopiec z koszem jajek, potrącony przez rozgniewanego handlarza. Z tłumu wysunął się wysoki mężczyzna w szerokim płaszczu. Spojrzał na nich uważnie, jakby czekał właśnie na nich.

– To wasz pierwszy raz – powiedział cicho. – Jeśli chcecie wrócić, musicie znaleźć znak zegara. Tylko szybko.

W tej samej chwili rozległ się donośny dźwięk dzwonu. Tłum na rynku zamarł, a Ala podniosła wzrok. Na skraju placu coś zaczęło się poruszać w ich stronę, powoli i niepokojąco...