Zegar w bibliotece profesora Różyckiego

Troje nastolatków trafia na tajemniczy zegar ukryty w starej bibliotece i jednym ruchem wpada w czas, którego nie potrafią rozpoznać.

Deszcz walił w szyby tak mocno, jakby chciał je rozbić. W szkolnej bibliotece panował półmrok, a zapach mokrych płaszczy mieszał się z kurzem starych książek. Lena stała przy regałach, Igor pochylony nad zeszytem coś skreślał, a Michał chodził w kółko, coraz bardziej zły na to, że burza zatrzymała ich po lekcjach.

Pani Jowita zamknęła właśnie gabinet i zniknęła na zapleczu, zostawiając ich samych choć na kilka minut. Wtedy Michał przystanął i zmrużył oczy.

W rogu sali stał zegar, którego wcześniej nikt z nich nie zauważył. Był wysoki, ciężki, obudowany ciemnym drewnem, tak stary, że wyglądał, jakby stał tu od zawsze. Na tarczy nie było zwykłych cyfr. Zamiast nich widniały znaki podobne do liter i symboli, których żadne z nich nie potrafiło odczytać.

– To waszym zdaniem jest normalne? – Michał wskazał zegar palcem.

Lena podeszła bliżej. Przebiegł ją dreszcz, choć w bibliotece nie było zimno.

– Nie widziałam go nigdy wcześniej – powiedziała. – A jestem tu prawie codziennie.

Igor obszedł zegar dookoła i przysunął twarz do drewnianej ramy. Na wysokości jego dłoni błysnął mały, prawie niewidoczny przycisk w kształcie klepsydry.

– To wygląda jak… przełącznik – mruknął.

– Nie naciskaj tego – rzuciła Lena zbyt późno.

Igor zdążył już to zrobić.

Zegar odpowiedział głuchym jękiem, jakby budził się po bardzo długim śnie. Wskazówki szarpnęły się i zaczęły wirować tak szybko, że zlały się w srebrną smugę. Wahadło uderzyło raz, drugi, trzeci, a potem rozkołysało się z taką siłą, że półki zadrżały. Z grzbietów książek osypał się kurz. Lampy zamigotały.

– Igor! – krzyknęła Lena.

Powietrze zgęstniało. Zrobiło się ciężko oddychać. Ściany biblioteki zafalowały, jakby były z wody, a dźwięk zegara wypełnił wszystko, aż przestał istnieć cokolwiek poza tym jednym, narastającym biciem.

Potem zapadła ciemność.

Kiedy otworzyli oczy, biblioteka zniknęła.

Stali na wąskiej brukowanej ulicy między wysokimi kamienicami o obcych fasadach. Nad nimi wisiało niebo o dziwnym, przygaszonym kolorze, jakby ktoś rozmył je wodą. Z otwartych okien dobiegały głosy, gdzieś dalej dzwonił tramwaj albo coś bardzo do niego podobnego, lecz żadne z nich nie potrafiło powiedzieć, gdzie dokładnie są.

Lena odruchowo zacisnęła dłoń na czymś zimnym.

Na jej ręce leżał mały zegarek, którego przed chwilą nie miała. Na tylnej obudowie, pod warstwą brudu, widniał wyraźny napis: „Powrót możliwy tylko wtedy, gdy czas zatoczy koło”.

Michał przełknął ślinę.

– Powiedzcie, że to jakiś żart.

Nikt nie odpowiedział, bo z ciemnej uliczki po drugiej stronie rynku dobiegł ich szybki stukot kroków. Coraz bliżej.

I wtedy zegarek na ręce Leny sam zaczął tykać.