Ola, Bartek i Nina wchodzą nocą do opuszczonej szkoły, by sprawdzić poddasze, na którym od lat podobno odzywa się stary zegar. O północy cisza pęka.
Wiatr szarpał suchymi liśćmi przy ogrodzeniu starej szkoły, jakby coś po drugiej stronie nie chciało ich tam wpuścić. Ola szła pierwsza, z dłońmi wbitymi głęboko w kieszenie kurtki. Za nią Bartek, spięty i milczący, i Nina, która co chwilę poprawiała uchwyt latarki, jakby od tego zależało, czy serce przestanie jej walić.
Szkoła od lat stała pusta. W dzień wyglądała tylko na zaniedbaną, ale nocą miała w sobie coś cięższego, jakby ciemność nie tyle ją przykrywała, ile karmiła się jej pustką. Plotki o poddaszu krążyły od dawna. Stary zegar, który rzekomo nie zamilkł nawet wtedy, gdy reszta budynku dawno umarła. Dziwne światło. Kroków nikt nie potrafił wyjaśnić.
Bartek przystanął przy dziurze w siatce.
– To tutaj – powiedział cicho, bardziej do siebie niż do nich.
Przecisnęli się kolejno na szkolne podwórze. Chłód był wilgotny i lepki. Kiedy weszli do środka przez uchylone boczne drzwi, ich kroki odbiły się głuchym echem od korytarza. Drewniana podłoga jęknęła pod ciężarem butów. Kurz unosił się w smugach światła, a dawne ławki i tablice majaczyły w półmroku jak rzeczy wyjęte z czyjegoś koszmaru.
Latarka Niny drgnęła, po czym oświetliła ścianę oblepioną wyblakłymi zdjęciami klasowymi. Dzieci patrzyły z nich z tym dziwnym, nieruchomym spokojem, który w nocy wydawał się już nie spokojem, tylko ostrzeżeniem.
– Może jednak wróćmy – szepnęła Ola. Jej głos zabrzmiał zbyt głośno, więc sama skrzywiła się i urwała.
Bartek nie odpowiedział od razu. Wpatrywał się w ciemny korytarz prowadzący ku schodom.
Od miesięcy wracał myślami do tej samej rzeczy: co roku, dokładnie w jego urodziny, tuż po północy, w oknie najwyższego piętra pojawiała się żółta poświata. Krótka, ledwie widoczna, ale wystarczająca, by nie dało mu spokoju. Nikt poza nim nie chciał o tym słuchać. Teraz już nie zamierzał czekać kolejny rok.
Schody na poddasze były wąskie i skrzypiały przy każdym stopniu, jakby sprzeciwiały się temu, że ktoś jeszcze odważył się po nich wejść. Na górze pachniało stęchlizną, starym drewnem i czymś chłodnym, metalicznym. Pod samym dachem stał zegar. Ogromny, ciemny, ciężki od kurzu. Wyższy od nich wszystkich razem wziętych.
Jego wskazówki były nieruchome.
Nina podniosła latarkę wyżej. Snop światła przesunął się po zakurzonej szybie, po popękanym drewnie, po pajęczynach drżących w bezruchu powietrza. Bartek podszedł bliżej i położył dłoń na chłodnej obudowie. Odskoczył niemal natychmiast.
– Co jest? – szepnęła Ola.
– Jest lodowaty.
Przez ułamek sekundy wszyscy troje zamarli.
Wtedy rozległ się pierwszy, ledwie słyszalny metaliczny klik.
Potem drugi.
I nagle zegar zaczął tykać.
Z ciemności za jego korpusem dobiegł przytłumiony głos, tak blisko, jakby ktoś stał tuż za cienką ścianą drewna.
– Moja kolej...