Zegar w podziemiach szkoły

Basia, Kuba i Igor znajdują ukryty w szkolnych podziemiach zegar, który otwiera drogę do obcych czasów. Gdy wracają do przeszłości, ktoś mówi, że czekał właśnie na nich.

Basia siedziała na schodach prowadzących do piwnicy i próbowała udawać, że wcale nie drży jej noga. Kuba co chwilę zerkał na zamknięte drzwi na górze, jakby spodziewał się, że zaraz pojawi się tam woźna, a Igor bez słowa obracał w palcach latarkę. Wszyscy troje wiedzieli, że nie powinni tu schodzić. To był stary fragment liceum, o którym krążyły dziwne opowieści. Od kiedy pani Woźna wspomniała o głosach dochodzących z podziemi, ciekawość nie dawała im spokoju.

Basia znalazła wejście przypadkiem. Za regałem z wiadrami i szczotkami wyczuła zimny metal, a potem dostrzegła małe drzwiczki ukryte w ścianie. Były tak niskie, że trzeba się było schylić, żeby je obejrzeć. Na zardzewiałej powierzchni ktoś wyrył pękniętą tarczę zegara. Kuba dotknął klamki, ale drzwi ani drgnęły. Dopiero gdy naparł na nie ramieniem, rozległ się ostry zgrzyt i skrzydło odskoczyło do środka.

Za progiem zaczynała się wąska klatka schodowa, pociemniała od wilgoci. Pachniało kurzem, mokrym tynkiem i czymś jeszcze, czego Basia nie umiała nazwać, jakby starym, zamkniętym powietrzem. Na dole migotał słaby blask. Schodzili coraz ciszej, aż ich kroki przestały brzmieć jak zwykły stuk obcasów i trampek, a zaczęły przypominać ostrożne uderzenia w pustą studnię.

Korytarz otwierał się nagle w niewielką komnatę. Pośrodku stał ogromny zegar z wahadłem, wyższy od nich wszystkich. Jego tarcza była popękana, a wskazówki ustawione pod dziwnym kątem, jakby ktoś na siłę zatrzymał czas w połowie ruchu. Igor podszedł pierwszy. Na mosiężnej obudowie błyszczało kilka zardzewiałych kółek i mały przycisk, prawie niewidoczny w półmroku.

Nie powinien tego dotykać.

Oczywiście dotknął.

Najpierw usłyszeli cichy szum, potem niski pomruk, który przeszedł przez podłogę i ściany. Zegar rozjarzył się niebieskim światłem tak nagłym, że Basia zasłoniła twarz ręką. Powietrze zgęstniało. Korytarz zafalował, jakby był zrobiony z wody. Na ułamek sekundy zobaczyli twarze ludzi, których nie znali: jeźdźców, cienie w długich płaszczach, wieże i place, których nie było w żadnym atlasie.

Potem wszystko szarpnęło ich w dół.

Basia upadła na coś twardego. Usłyszała gwar, tętent kopyt i dźwięk dzwonu. Otworzyła oczy i zobaczyła brukowany plac, a wokół niego ludzi w dawno niemodnych strojach. Ktoś krzyknął. Ktoś inny cofnął się tak gwałtownie, że wpadł na kosz z jabłkami. Zegar stał obok nich i tykał spokojnie, jakby nic niezwykłego się nie wydarzyło.

Basia podniosła głowę powoli. Kuba był blady jak papier. Igor patrzył w jedno miejsce za jej plecami, nieruchomy jak posąg.

Przed nimi stał mężczyzna w ciemnym płaszczu. Miał twarz ukrytą w cieniu kaptura, ale mówił tak, jakby znał ich od dawna.

W tej samej chwili zegar za ich plecami zaskrzypiał tak głośno, jakby coś w środku pękało.