Wiki i Maks chowają się przed ulewą w zapomnianym warsztacie i odkrywają zegar, który przenosi ich do obcej epoki. Problem w tym, że nie potrafią wrócić.
Wiki lubiła wakacje na wsi, zwłaszcza od kiedy jej kuzyn Maks zamieszkał z rodziną w starym domu pradziadka. Tego lata nuda nie miała z nimi szans. Pewnego deszczowego popołudnia uciekli przed ulewą do warsztatu, którego od dawna nikt nie otwierał.
W środku panował półmrok. Powietrze pachniało kurzem, wilgotnym drewnem i czymś jeszcze, czego Wiki nie umiała nazwać. Przez małe, brudne okienko sączył się blady pas światła, rozcinając rzędy starych narzędzi i zakurzonych pudeł na dziwne, poszarpane cienie.
Na środku warsztatu stał ogromny zegar. Był ciężki, ciemny i tak stary, jakby wyrzeźbiono go z kawałka nocy. Zamiast zwykłych cyfr miał na tarczy znaki podobne do mapy skarbów albo śladów po bardzo dawnej historii. Wahadło wisiało nieruchomo, a jednak Wiki miała wrażenie, że zegar jej się przygląda.
— Zobacz — szepnął Maks, już z nosem przy tarczy.
Nie posłuchał ostrzeżenia w jej spojrzeniu. Chwycił małe pokrętło pod zegarem i przekręcił je o jeden ząbek.
Najpierw nic się nie stało.
Potem tykanie rozległo się tak głośno, że Wiki aż zakryła uszy. Wahadło szarpnęło się gwałtownie, a po ścianach przebiegł złoty blask. Narzędzia zadźwięczały, jakby ktoś uderzył w nie niewidzialną dłonią. Podłoga pod stopami dziewczynki zadrżała.
— Maks…? — zaczęła.
Światło wystrzeliło prosto w nich.
Kiedy Wiki z trudem otworzyła oczy, warsztat zniknął. Stała po kolana w wysokiej trawie, wśród wilgotnych paproci i ogromnych drzew, które zasłaniały niebo. W powietrzu krzyczały obce ptaki. Gdzieś niedaleko trzasnęła gałąź.
Na skraju polany poruszyły się sylwetki ludzi. Mieli skórzane tuniki, pióra we włosach i spojrzenia, które od razu kazały Wiki cofnąć się o krok.
Maks ścisnął jej dłoń tak mocno, że aż zabolało.
— Gdzie my jesteśmy? — wyszeptała.
Wtedy z cienia drzewa wyszedł chłopiec z drewnianym łukiem. Nie wyglądał na zdziwionego. Przyjrzał im się uważnie, jakby właśnie na nich czekał.
— Jesteście nowi w wiosce? — zapytał po polsku, ale z tak dziwnym akcentem, że Wiki poczuła lodowaty dreszcz.
Spojrzała na Maka, a potem odruchowo sięgnęła tam, gdzie jeszcze chwilę temu powinni stać obok nich...
Zegara nie było.