Zegar z pracowni pani Leokadii

Oliwier, Marta i Borys trafiają do starej pracowni zegarmistrzyni, gdzie znajdują zegar, który otwiera drogę do dziwnego, pełnego tajemnic świata.

Oliwier lubił zaglądać tam, gdzie inni nawet nie patrzyli. Tego popołudnia deszcz zacinał w okna tak mocno, że całe miasteczko wyglądało jak ukryte za srebrną zasłoną. Właśnie wtedy razem z Martą i Borysem pobiegł w stronę starej pracowni pani Leokadii.

Nikt nie wchodził tam od lat. Mówiono, że w środku wszystko tyka samo z siebie, a nocą ktoś porusza się między półkami, choć drzwi pozostają zamknięte. Dla Oliwiera to nie brzmiało jak straszenie. Brzmiało jak zaproszenie.

Kiedy wepchnęli ciężkie drzwi, uderzył ich zapach kurzu, drewna i oliwki do mechanizmów. Wszędzie stały zegary. Małe, duże, złote, czarne, z kukułką i bez niej. Jeden wybijał czas zbyt szybko, drugi jakby się wahał, trzeci tykał tak cicho, że trzeba było wstrzymać oddech, żeby go usłyszeć. Nad wszystkim unosił się cichy, nierówny rytm, jakby cała pracownia oddychała własnym tempem.

Borys pierwszy zauważył zegar w kącie. Nie był większy od pudełka na buty, a jednak od razu wydawał się inny. Wskazówki kręciły się w przeciwną stronę, a szkło migało zielonkawym blaskiem. Marta pochyliła się bliżej i zmrużyła oczy.

— Widzicie te znaki? — szepnęła.

Na brzegu tarczy wiły się cienkie, srebrne symbole, jakby ktoś wyrył je paznokciem albo końcówką igły. Oliwier wyciągnął rękę, ale nie zdążył dotknąć szkła.

Z wnętrza zegara dobiegł cichy głos:

— Szukacie odpowiedzi, których nikt jeszcze nie znalazł?

Wszyscy troje cofnęli się naraz. Zegar rozjarzył się tak jasno, że pracownia zniknęła w zielonym mroku. Potem przyszła mgła. Gęsta, chłodna, ciężka jak mokry koc.

Kiedy opadła, nie było już półek ani starych zegarów. Oliwier stał na brzegu ciemnego jeziora, a wokół niego rosły drzewa o liściach świecących bladym, niebieskim światłem. Powietrze drżało od cichego dźwięku, jakby coś ogromnego, ukrytego daleko w ciemności, właśnie odmierzało czas.

Nad wodą wisiał ten sam zegar, tylko większy, zawieszony wysoko między gałęziami. Z jego wnętrza dobiegał stłumiony szmer, jakby ktoś próbował przemówić przez zamknięte drzwi. Oliwier poczuł, jak serce wali mu szybciej niż deszcz o dach pracowni.

— Czy widzicie to samo co ja? — wyszeptała Marta.

Borys nie odpowiedział. Wpatrywał się w ciemność za ich plecami.

Z mgły wyłoniła się wysoka postać w szerokim kapeluszu i zrobiła pierwszy krok w ich stronę.