Trzynastoletni Morgan dostaje zegarek, który otwiera drogę do dowolnego momentu w historii. Gdy znika Eva, chłopak musi zdecydować, czy odważy się użyć go jeszcze raz.
Poranek zaczął się jak każdy inny, choć Morgan miał w sobie tę cichą ekscytację, która pojawiała się zawsze, gdy mógł pogadać z Evą przy ich stoliku pod oknem. W kawiarni pachniało kawą, cynamonem i ciepłymi bułkami, a za szybą miasto dopiero budziło się do życia. Morgan mieszał łyżeczką kakao, ale tak naprawdę myślał o czymś znacznie ciekawszym niż śniadanie. O nowych zdjęciach z teleskopu, o czarnych dziurach, o tym, że wszechświat mógł mieć więcej sekretów, niż ludziom się wydaje.
Eva przewróciła oczami, kiedy zaczął mówić o astrofizyce, ale uśmiechała się przy tym tak, jakby słuchała czegoś ważniejszego niż kolejne jego wywody. Właśnie wtedy Morgan zauważył staruszka. Szedł wolno między stolikami, opierając się na lasce, a na nadgarstku miał zegarek, który błyszczał zbyt intensywnie jak na zwykłą biżuterię. Nie był drogi w tym oczywistym, krzykliwym sensie. Był dziwny. Jakby nie pasował do świata, w którym znajdowały się filiżanki, telefony i rozgrzany ekspres za ladą.
Starzec zatrzymał się przy ich stoliku i spojrzał prosto na Morgana, jakby wiedział o nim wszystko. Potem uniósł dłoń z zegarkiem. Tarcza miała nieznane symbole zamiast cyfr, a wskazówki poruszały się wbrew zdrowemu rozsądkowi. „To nie jest zwykły zegarek” - powiedział cicho. - „Może zabrać cię do dowolnego momentu w czasie. Ale czas nie lubi, kiedy ktoś go dotyka bez powodu”.
Morgan parsknął śmiechem, bo to brzmiało jak żart, choć staruszek nie uśmiechnął się ani razu. Eva szturchnęła go łokciem pod stołem, ale on już czuł, że coś tu nie gra. Zanim zdążył zadać pytanie, zegarek znalazł się w jego dłoni. Był zimny, cięższy niż powinien. Starzec odwrócił się i odszedł tak nagle, jakby wcale nie przyszedł z ulicy, tylko wyłonił się z powietrza.
Morgan przez kilka minut tylko obracał go w palcach. Dopiero kiedy nacisnął niewielki przycisk z boku, wskazówki drgnęły gwałtownie, świat wokół zawirował i zniknęły dźwięki kawiarni. Następna sekunda pachniała już mokrą ziemią, dymem i końskim potem. Morgan stał pośród chaosu bitwy pod Grunwaldem, z sercem bijącym tak mocno, że ledwo mógł oddychać. Wtedy zrozumiał, że to nie był prezent ani żart. Zegarek naprawdę działał.
A potem, kilka dni później, Eva nie przyszła na spotkanie.
Najpierw uznał, że zaspała. Potem, że rozładował jej się telefon. Dzwonił, pisał, czekał pod szkołą, aż w końcu zaczął biec przez park, jakby szybciej mógł dogonić odpowiedź. Jej plecak leżał pod ławką, częściowo zasypany liśćmi. W środku był zeszyt, długopis i zmięta kartka. Tylko jedno zdanie, zapisane drżącym pismem: „Pomóż mi...”.
Morgan uniósł wzrok. Na ekranie zegarka, który od tamtej chwili nosił przy sobie, wskazówki przesunęły się same, choć nikt go nie dotknął. Raz. Drugi. Jakby coś po drugiej stronie czasu właśnie go zauważyło.