Julek znajduje na warszawskim strychu zegarek dziadka z tajemniczym grawerem. Jedno dotknięcie wystarcza, by wyrwać go z własnego czasu i rzucić w obce, niepokojące miejsce.
Czerwcowy wieczór osiadł nad Warszawą jak duszna zasłona. W starych kamienicach okna były jeszcze uchylone, ale powietrze i tak stało w miejscu, ciężkie od nagrzanego muru i kurzu. Julek przepychał się przez strych nowego mieszkania, wyciągając z cienia kolejne pudła po poprzednich lokatorach. Nie szukał niczego konkretnego, raczej próbował znaleźć kawałek przestrzeni, który nie pachniałby jeszcze cudzym życiem.
Pod belką, między książkami po niemiecku i stosem wyblakłych fotografii, natrafił na małe metalowe pudełko. Na wieczku ktoś wyrył liczbę: 1901. Nie wyglądało na rzecz, którą ktoś przypadkiem zostawił w kartonie. Julek zawahał się tylko przez chwilę, po czym podważył zatrzask.
W środku leżał zegarek kieszonkowy. Ciemna tarcza bez ozdób, srebrne wskazówki, a na deklu krótki napis: Chronos non dormit. To brzmiało bardziej jak ostrzeżenie niż sentencja. Kiedy dotknął szkła, przeszedł go nagły dreszcz, jakby pod palcami nie miał metalu, tylko coś żywego i rozgrzanego.
Zegarek ruszył. Najpierw ledwie słyszalnie, potem coraz szybciej, aż tykanie wypełniło cały strych. Zegar na ścianie nagle zamilkł. Wokół Julka wszystko zaczęło się chwiać, jakby poddasze traciło kontury, a świat rozpuszczał się w gorącym powietrzu. Odsunął rękę, ale palce nie chciały puścić przedmiotu.
Z zewnątrz dobiegł niski szum, za głęboki na burzę i zbyt równy, by był przypadkowy. Podłoga zakołysała się pod jego stopami. Julek upadł na kolana, a potem strych zniknął mu spod oczu.
Kiedy je otworzył, nie było już kamienicy ani Warszawy, którą znał. Stał pośrodku brukowanego rynku. Wokół przesuwał się tłum ludzi w obcych strojach: kapelusze z piórami, ciężkie płaszcze, suknie o sztywnych kołnierzach. Po bruku turkotały powozy, a w powietrzu mieszał się dym z zapachem kadzidła i mokrego drewna. Zegarek w jego dłoni pulsował bladym światłem, a wskazówki cofały się coraz szybciej, jakby coś je goniło.
Julek zdążył tylko zrobić krok w tył, kiedy ktoś zatrzymał się tuż za nim. Usłyszał przy uchu szept tak cichy, że bardziej poczuł go na skórze, niż usłyszał.
Odwrócił się gwałtownie. W tłumie mignęła wysoka postać z kapturem, a potem cień oderwał się od murów i ruszył prosto w jego stronę.