Zegarek pana Botwinki

Maks i Lena odkrywają w domu ekscentrycznego sąsiada stary zegarek, który potrafi otworzyć drogę do innej epoki.

Maks i Lena od dawna byli pewni, że ich ulica zasypia zaraz po obiedzie. Nic się na niej nie działo: te same rowery pod płotem, ten sam pies przy piekarni, te same okna z firankami. Wszystko zmieniło się dopiero wtedy, gdy do żółtego domu na rogu wprowadził się pan Botwinka.

Był wysoki, chudy i nosił brodę tak długą, że niemal dotykała mu guzów w kamizelce. Mówił do siebie półgłosem, jakby wciąż prowadził jakąś ważną rozmowę, a każdego ranka wychodził przed dom ze starannie podlewanym... kaktusem na smyczy. Prawdziwym, w doniczce. Kaktus miał nawet małą obrożę. Cała ulica udawała, że tego nie widzi, ale Maks i Lena widzieli aż za dobrze.

Tego popołudnia powietrze było ciężkie i lepkie. Nad miastem zbierały się chmury, a wiatr przewracał na chodniku suche liście. Właśnie wtedy pan Botwinka wyszedł z domu, zamyślony jak zwykle, i coś metalicznego błysnęło mu z kieszeni. Chwilę później przedmiot upadł na chodnik z cichym brzękiem.

Maks podbiegł pierwszy. To był stary srebrny zegarek na łańcuszku, chłodny i ciężki w dłoni. Na jego wieczku widniał drobny znak, jakby wyryty paznokciem albo igłą. Lena nachyliła się, żeby lepiej go obejrzeć, i wtedy oboje zauważyli to samo: wskazówki nie stały w miejscu. Poruszały się. Bardzo powoli, ale jednak.

Pobiegli za panem Botwinką, żeby oddać mu zgubę. Gdy tylko przekroczyli próg jego domu, drzwi zatrzasnęły się za nimi z takim hukiem, że aż zadźwięczały szyby. Maks odruchowo odskoczył, a Lena ścisnęła zegarek mocniej niż powinna.

W tym samym momencie w całym pokoju coś zaszeleściło i rozbłysło. Z półek, stołów i parapetów podniosły się dziesiątki małych mechanizmów: sprężyn, trybików i metalowych kółek, które zaczęły wirować w powietrzu jak srebrny rój.

Dom pana Botwinki nie przypominał żadnego domu, jaki dzieci znały. Nie było tu zwyczajnych mebli. Zamiast nich stały zegary. Wysokie, niskie, okrągłe, kwadratowe, z wahadłami, bez wskazówek, z cyframi dziwnie powykręcanymi jak ścieżki na mapie. Jeden tykał głośno jak bębenek, inny piszczał cienko niczym czajnik, a jeszcze inny cofał wskazówki tak szybko, jakby uciekał przed samym czasem.

Pośrodku pokoju pan Botwinka stał nad ogromną księgą rozłożoną na stole. Kartki były pełne rysunków: dinozaurów, rycerzy, dziwnych maszyn, wieżowców i statków, które unosiły się w chmurach. Mężczyzna podniósł wzrok na Maks i Lenę i uśmiechnął się tak, jakby właśnie na nich czekał.

Pan Botwinka zamknął księgę jednym palcem i wskazał złoty zegar stojący w kącie salonu. Był tak wielki, że można by się w nim schować. Jego tarcza świeciła ciepłym, niepokojącym blaskiem.

Maks poczuł, że zegarek w jego ręce nagle robi się gorący. Lena otworzyła usta, żeby coś powiedzieć, ale wtedy wszystkie zegary w pokoju zaczęły bić naraz. Jeden po drugim, coraz szybciej, aż dźwięk zamienił się w huk.

Świat zawirował. Ściany rozpłynęły się w świetle, podłoga zniknęła spod stóp, a przed oczami dzieci przetoczyły się obrazy tak szybko, że nie dało się ich zatrzymać: ciemny las pełen olbrzymich cieni, kamienne mury zamku, błyszczące wieże z przyszłości.

A potem wszystko ucichło.

Maks i Lena stali na środku szerokiego placu, na którym obcy ludzie w dziwnych strojach sprzedawali nieznane im rzeczy spod kolorowych płacht. W powietrzu unosił się zapach przypraw, dymu i deszczu. Nad dachami kołysały się chorągwie, których żadna z nich nie potrafiłaby nazwać.

Pan Botwinka rozejrzał się powoli, jakby wrócił w miejsce doskonale mu znane.

Wtedy zza rogu wyszła wysoka postać w ciemnej pelerynie. Zatrzymała się na widok dzieci, a potem uniosła głowę. Gdy spojrzała prosto na nich, Maks poczuł, jak zegarek w jego dłoni znowu drży, jakby ostrzegał przed czymś, co dopiero nadchodzi.