Lena, Filip i Kamil wchodzą do opuszczonego domu na skraju miasta i znajdują zegarek, który nagle wyrzuca ich w obcą przeszłość. Teraz muszą zrozumieć, gdzie trafili, zanim ktoś ich znajdzie.
Noc przywarła do miasta jak mokry płaszcz. Na skraju ostatniej ulicy stał stary, opuszczony dom, tak ciemny, że wyglądał, jakby sam pochłaniał światło. Lena zatrzymała się przed zardzewiałą furtką i spojrzała na Filipa oraz Kamila.
— Jeśli ktoś nas zobaczy, powiemy, że zgubiliśmy piłkę — szepnęła.
Kamil prychnął cicho, ale już przepychał się przez uchylone drzwi. Od tygodni gadali o tej wyprawie, najpierw jak o żarcie, potem z coraz większą ciekawością. Dom należał kiedyś do człowieka, o którym w okolicy krążyły dziwne historie. Mówiono, że rozumiał maszyny lepiej niż ludzi. Mówiono też, że z tego domu nigdy nic nie wynoszono.
W środku pachniało kurzem, starym drewnem i czymś jeszcze, czego Lena nie potrafiła nazwać. Latarka wycięła z mroku wąski tunel światła. Na ścianach wisiały portrety w ciężkich ramach, a oczy sportretowanych osób zdawały się śledzić każdy ich ruch. Filip szedł ostatni i co chwilę oglądał się przez ramię.
— To bez sensu — mruknął, choć jego głos zdradzał napięcie.
— Teraz? — Lena wskazała jedną z fotografii.
Postać na zdjęciu miała twarz tak podobną do Filipa, że aż ją ścisnęło w żołądku. Te same ciemne włosy, ten sam upór w spojrzeniu. Filip stanął jak wryty.
— To tylko przypadek — powiedział zbyt szybko.
Kamil już znikał w końcu korytarza, więc ruszyli za nim do gabinetu. Masywne dębowe biurko stało pośrodku pokoju, a na nim, jakby czekał właśnie na nich, leżał stary zegarek kieszonkowy. Złota koperta była porysowana, lecz na wieczku wciąż połyskiwał wyblakły herb.
— Zobaczcie to — Kamil podniósł zegarek i otworzył go jednym ruchem.
W tej samej chwili wskazówki szarpnęły się i zaczęły wirować tak szybko, że zlały się w srebrny krąg. Cyferblat rozjarzył się niebieskim światłem. Lena cofnęła się odruchowo, ale pokój już falował, jakby był zrobiony z cienkiego szkła. Ściany rozciągały się i nikły, portrety rozpływały się w smugi, a podłoga znikała im spod stóp.
Filip krzyknął pierwszy. Potem wszystko urwało się w jednym, krótkim błysku.
Otworzyli oczy na trawie wilgotnej od rosy. Nad nimi wisiało blade niebo, a wokół rozciągał się park, ale nie taki, jaki znali. Nie było asfaltowych alejek ani lamp. Zamiast nich biegły ubite ścieżki, a gdzieś w oddali turkotały koła powozu.
Kamil zacisnął palce na zegarku. Jego tarcza pulsowała teraz chłodnym, błękitnym światłem.
Lena podniosła głowę, próbując zrozumieć, gdzie trafili, lecz wtedy usłyszała za plecami czyjeś kroki. Ktoś szedł prosto w ich stronę.