Siedemnastoletnia Iga trafia do starego sklepu z antykami w Krakowie i znajduje zegarek, po którym czas zaczyna zachowywać się nienaturalnie.
Początek lata w Krakowie miał dla Igi smak asfaltu rozgrzanego do granic wytrzymałości i monotonii, z której chciała się wyrwać choćby na godzinę. Wymknęła się z domu bez planu, prześlizgnęła przez Planty i ruszyła Grodzką, licząc tylko na to, że uda jej się nie myśleć o niczym poważnym. Zwykle wychodziło jej to całkiem nieźle. Tego dnia nie miało.
Sklep z antykami zobaczyła kątem oka, jakby wyrósł między jedną kamienicą a drugą. Niski szyld, przybrudzona witryna, w środku półmrok gęsty jak kurz. Mijała to miejsce od miesięcy, ale nigdy nie weszła do środka. Teraz zatrzymała się przed szybą, bo w odbiciu mignął jej stary zegar z wahadłem, choć chwilę wcześniej go tam nie było. Albo po prostu nie powinna go widzieć.
W środku uderzył ją zapach starych książek, politury i czegoś metalicznego, zimnego. Półki uginały się od rzeczy, które wyglądały, jakby ktoś wydobył je z kilku różnych stuleci i upchnął bez ładu w jednym miejscu. Iga przeszła wolno między regałami, kierowana bardziej ciekawością niż rozsądkiem, aż dotarła do gabloty z zegarkami. Tam, na samym końcu, leżał niewielki zegarek kieszonkowy z misternie grawerowaną kopertą.
Nie był najładniejszy. Nie był nawet szczególnie stary. A jednak coś w nim przyciągało wzrok tak uporczywie, że Iga wyciągnęła po niego rękę, zanim zdążyła się zawahać. Metal był lodowaty. Przez dłoń przeszedł jej nagły dreszcz, a sklep wokół ucichł tak gwałtownie, jakby ktoś zdusił dźwięk w połowie oddechu. Zegarek odpowiedział cichym, rytmicznym pulsowaniem, którego nie powinno być słychać wcale. Wskazówki drgnęły, obróciły się kilka razy z szarpnięciem i zatrzymały na 13:17.
Za jej plecami zaszeleściło coś ciężkiego, jak przesuwana kotara. Iga odwróciła się odruchowo i zamarła. Sklep nie wyglądał już tak samo. Półki wydawały się inne, zegary wisiały w miejscach, których przed chwilą nie było, a światło za brudną szybą nabrało dziwnej, złotej barwy, jakby na zewnątrz zapadał zupełnie inny wiek. W lustrze przy drzwiach odbiła się sylwetka nieznajomego mężczyzny. Stał nieruchomo i patrzył prosto na nią, jakby wiedział dokładnie, co właśnie uruchomiła.
Iga zacisnęła palce na zegarku, czując, jak metal znów zaczyna pulsować. Mężczyzna podniósł dłoń i wykonał krótki, naglący gest, którego znaczenia nie umiała odczytać. Powietrze zgęstniało. Wskazówki pod jej palcami drgnęły jeszcze raz, a tuż obok drzwi rozległ się niski, obcy dźwięk, jakby coś po drugiej stronie czasu właśnie naciskało, żeby wejść.