Lena i Bartek w starym domu dziadka znajdują kieszonkowy zegarek, który nie odmierza czasu, lecz otwiera przejście do dziwnego świata pełnego wirujących znaków i czujnych Strażników.
Lena od dawna krążyła wzrokiem po tym samym pokoju, aż zaczęła liczyć krople deszczu spływające po szybie. W starym domu dziadka wszystko szumiało i skrzypiało: podłoga, drzwi, nawet ciężkie zasłony. Pachniało kurzem, lawendą i czymś jeszcze, jakby z zamkniętego gabinetu dobiegał zapach dawno niewidzianych tajemnic.
Bartek miał inny pomysł na nudę. Zniknął w gabinecie i zaczął otwierać szuflady jedną po drugiej, w poszukiwaniu „czegoś, co nie jest książką”. Lena już miała go zawołać, kiedy usłyszała nagły, przytłumiony okrzyk.
Wpadła do środka i zobaczyła brata siedzącego na dywanie z czymś w dłoniach. To był stary, mosiężny zegarek kieszonkowy. Nie wyglądał szczególnie cennie, ale kiedy Bartek go podniósł, wskazówki drgnęły i zaczęły biec w przód, po czym natychmiast cofnęły się, jakby czas sam nie był pewien, w którą stronę ma iść.
– Lena… on chyba żyje – szepnął Bartek.
Na tylnej pokrywce połyskiwał znak przypominający wir. Lena przyklękła obok i dotknęła chłodnego metalu. Koronka była lekko przekręcona, jakby ktoś przed chwilą jej używał. Jeszcze jeden ruch i zegarek odpowiedział cichym, głębokim brzękiem.
Pokój zachwiał się jak na falach. Książki na półkach zafalowały, okno rozbłysło białym światłem, a powietrze wokół dzieci nagle zgęstniało. Lena złapała Bartka za rękę, ale podłoga zniknęła im spod nóg. Przez ułamek sekundy oboje lecieli wśród smug światła, kolorów i wirujących cieni.
Kiedy wreszcie mogli znów oddychać, nie było już gabinetu dziadka.
Stali na miękkiej, srebrzystej trawie. Nad nimi unosiły się kryształowe wyspy, a drzewa miały fioletowe liście, które szeleściły bez wiatru. W oddali wyrastał most utkany z roślin tak gęstych, że wyglądał jak żywy. W powietrzu przesuwały się świetliste kule, a z krzaków spoglądały na nich małe, puszyste stworzenia o srebrnych oczach.
Bartek ścisnął dłoń Leny tak mocno, że aż zabolało.
– To nie jest nasz świat, prawda? – wyszeptał.
Nie zdążyła odpowiedzieć, bo niebo przecięła zielona błyskawica, a z pobliskiego drzewa rozległ się głos, zimny i wyraźny:
– Kto uruchomił zegarek i wkroczył do Drugiego Wymiaru?
Na gałęzi, tuż nad nimi, stanął stwór z pióropuszem na głowie i oczami świecącymi jak dwie latarnie. Patrzył prosto na nich.