Oliwia, Michał i Lena wchodzą do opuszczonego dworca i trafiają na ukryte zejście. W podziemiach czeka zegarek, który zaczyna odliczać czas do czegoś, czego nikt nie powinien budzić.
Oliwia, Michał i Lena lubili wieczorami włóczyć się po miasteczku, zwłaszcza wtedy, gdy deszcz zagłuszał kroki, a światła w oknach gasły jedno po drugim. Tego dnia wspólnie przyszli pod stary dworzec na skraju miasta, zamknięty od lat i tak zapomniany, że nawet graffiti na jego ścianach wyglądało jak cudze wspomnienie. Mówiono o nim różne rzeczy. Że nocą słychać tam kroki. Że ktoś śmieje się w pustej hali. Że nie wszystko, co zeszło pod ziemię, zostało tam na zawsze.
Drzwi wejściowe ustąpiły dopiero po mocnym pchnięciu. W środku uderzył ich chłód i zapach wilgotnego kurzu. Michał włączył latarkę; wąski snop światła przesuwał się po obdrapanych ścianach, przewróconych ławkach i rozbitych rozkładach jazdy, które dawno straciły sens. Lena zatrzymała się nagle i wskazała podłogę. Między popękanymi deskami, tuż przy ścianie, wystawał rdzewiejący klucz.
Nie pasował tu zupełnie, właśnie dlatego zabrali go ze sobą. Szukali niemal po omacku, aż za stertą mokrych gazet dostrzegli niską klapę z ciemnego drewna. Klucz wszedł w zamek z oporem, po czym obrócił się z krótkim, metalicznym kliknięciem. Zawiasy jęknęły tak głośno, jakby budziły coś, co od dawna czekało w ciemności. Pod klapą otworzyły się strome schody prowadzące w dół.
Schodzili powoli, czując pod stopami każdy nierówny stopień. Na dole czekała ogromna hala bez okien, pełna starych walizek, skrzyń i rzeczy, których nikt już nie powinien pamiętać. Pośrodku stał ciężki drewniany stół. Na nim leżał kieszonkowy zegarek. Nie był zakurzony. Nie był martwy. Tik-tak. Tik-tak. Mechanizm pracował równo, jakby ktoś przed chwilą go nakręcił.
Oliwia wyciągnęła rękę pierwsza. Gdy tylko dotknęła chłodnej obudowy, tarcza rozjarzyła się bladym światłem, a wskazówki drgnęły i zaczęły cofać się wbrew wszelkiemu rozsądkowi. Przez halę przeciągnął się szept, potem drugi, jakby podziemia oddychały cudzymi głosami. Latarka Michała zamigotała raz, drugi, i zgasła całkiem.
Zapadła ciemność tak gęsta, że aż bolesna. Został tylko zegarek w dłoni Oliwii i jego coraz szybsze tykanie. A potem, z głębi tunelu za ich plecami, dobiegł ich wyraźny odgłos kroków.