Zegarek z szafy babci Marty

Marta u babci odkrywa stary zegarek, który mówi ludzkim głosem. W szafie kryje się coś więcej niż pamiątki, a noc w pokoju gościnnym zaczyna robić się dziwnie niebezpieczna.

Marta nie lubiła sobotnich poranków u babci. Stare schody jęczały pod każdym krokiem, a w kuchni unosił się zapach ziół i suszonych jabłek, który przyklejał się do ubrania na cały dzień. Najgorsza była jednak szafa w pokoju gościnnym. Stała pod oknem jak ogromny cień, z ciężkimi, wypolerowanymi drzwiami i rzeźbionymi liśćmi wijącymi się po drewnie. Babcia zawsze trzymała przy fartuchu dwa masywne klucze, jakby zamykała w środku coś ważniejszego niż stare ubrania.

Tego dnia padało tak mocno, że deszcz bębnił o szyby jak garść ziaren. Marta nudziła się już od rana, więc gdy babcia otworzyła szafę, dziewczynka od razu podniosła głowę.

W środku wisiały sztywne sukienki, apaszki w kolorach przygaszonych jak jesienne liście i pudełka związane wyblakłymi wstążkami. Marta sięgnęła głębiej i palce natknęły się na coś zimnego, ciężkiego i gładkiego. Wyjęła mały, okrągły zegarek na grubym złotym łańcuszku.

Ledwie dotknęła szkiełka, a po skórze przebiegł jej dreszcz.

Marta krzyknęła i wypuściła zegarek z rąk. Ten nie roztrzaskał się o podłogę. Zamiast tego przekręcił się lekko, jakby sam się otrząsał z obrazy, a jego wskazówki zakręciły się wstecz tak szybko, że aż zamazały się w oczach.

Marta cofnęła się o krok.

Dziewczynka wpatrywała się w niego z otwartymi ustami. Zegarek zadrżał, po czym jego tarcza obróciła się i zatrzymała na pierwszej w nocy.

Zanim Marta zdążyła zapytać, co to znaczy, drzwi szafy gwałtownie zakołysały się na zawiasach. Z góry spadł kolorowy kapelusz i wylądował prosto na fotelu, jakby ktoś go tam cisnął z wnętrza ciemności. Na rondzie coś zaszeleściło. Potem cekiny na kapeluszu zamigotały jednym, zimnym błyskiem.

W pokoju zrobiło się nagle bardzo cicho.