Zegarmistrz z Mglistego Lasu

Gdy czas w wiosce zaczyna wariować, troje nastolatków trafia do chaty tajemniczego zegarmistrza na skraju Mglistgo Lasu i odkrywa, że to dopiero początek większej zagadki.

Mglisty Las nie lubił ciekawskich. Nad leśnym mchem wisiała chłodna mgła, a pnie starych drzew znikały w niej po kilku krokach, jakby las sam decydował, co wolno zobaczyć, a co powinno zostać ukryte.

Na samym skraju tego miejsca stała chata zegarmistrza Pana Lostona. W wiosce powtarzano o nim szeptem różne rzeczy. Że słyszy tykanie z odległości wielu mil. Że naprawia zegary, których nikt inny nie potrafi dotknąć. Że gdy ktoś przekroczy jego próg, wraca odmieniony. Nikt nie umiał powiedzieć, ile z tego było prawdą.

Anka nie wierzyła w plotki, ale wierzyła w kłopoty. A tego ranka kłopoty przyszły same. Wieża na rynku wybiła trzecią godzinę dwa razy, zegarek u piekarza cofnął się o pełne pięć minut, a kuchenne wskazówki w domach zaczęły obracać się w przeciwną stronę. Nawet najstarszy zegar w świetlicy drżał tak, jakby zaraz miał się rozsypać.

Kuba, który znał wszystkie leśne legendy, mówił, że to zły znak. Lena, cicha i uważna, milczała dłużej niż zwykle, po czym tylko wskazała kierunek za mgłę.

Wędrowali w trójkę wąską ścieżką, aż las zgęstniał i nagle przed nimi stanęły drzwi chaty. Nie miały klamki. Zamiast niej w drewnie osadzono mały zegar z wahadłem, a jego tarcza falowała, jakby była zrobiona z wody.

Kuba wyciągnął rękę.

Lena chwyciła go za nadgarstek. – Nie dotykaj tego.

– Dlaczego? – szepnął.

– Bo wskazówki się cofają. I robią to szybciej, kiedy ktoś patrzy.

Anka pochyliła się bliżej. W połyskującej tarczy zobaczyła nie swoje odbicie, lecz twarz obcej dziewczyny w ciemnej pelerynie. Stała gdzieś w tym samym miejscu, tylko że za jej plecami zamiast chaty rozciągał się czarny, bezkresny las.

W tym samym momencie zza drzwi dobiegł spokojny głos:

– Czas nie wita się z każdym. Ale was chyba jednak oczekiwał.

Drzwi otworzyły się same.

W środku stał Pan Loston, wysoki i nieruchomy, otoczony wirującymi trybikami oraz półprzezroczystymi zegarami, które tykały w różnych rytmach. Na stole leżał stary klucz, tak ciężki, że aż ciemniał od kurzu. Obok niego widniał znak: nieskończoność spleciona z liściem paproci.

Zegarmistrz uniósł wzrok na troje nastolatków i uśmiechnął się tak, jakby wiedział o nich coś, czego oni jeszcze nie odkryli.

– Które z was odważy się wejść dalej? – zapytał. – Bo jeśli ten klucz zamilknie, całe miasteczko może stracić jutro.

Za jego plecami jeden z zegarów nagle pękł cicho, a z jego wnętrza wypłynęła cienka smuga srebrnego światła.