Ola znajduje stary zegarek i odkrywa, że czas w jej mieście nie zachowuje się zwyczajnie. W sklepie na końcu ulicy Cichej czeka coś, co zna jej imię.
Ola Klimek od zawsze lubiła rzeczy, które miały w sobie ślady cudzych historii: zardzewiałe klucze, pęknięte porcelanowe filiżanki, stare fotografie bez podpisów. Dlatego uważała, że zna ulicę Cichą lepiej niż własną kieszeń. Każde wykrzywione ogrodzenie, każdą spoinę w chodniku, każdy dom, który stał trochę za krzywo, jakby chciał się podsłuchać sąsiadów.
Tego ranka ulica wyglądała jednak inaczej. Mgła leżała nisko i tłumiła dźwięki, a szyby w oknach były matowe jak zaparowane lustra. Ola szła do szkoły wolniej niż zwykle, kiedy po raz pierwszy naprawdę zauważyła szyld wiszący nad wąską witryną między piekarnią a pustym lokalem po kwiaciarni: Zegarmistrz.
Znała ten sklep. A może tylko jej się tak wydawało. Przez lata mijała go bez myślenia, jakby należał do tła ulicy, do tych wszystkich rzeczy, których się nie ogląda drugi raz. Teraz zobaczyła ciemne wnętrze, rzędy zegarów przyklejonych do ścian i drzwi uchylone na tyle, by ktoś mógł wejść bez pytania.
Ola zawahała się tylko chwilę. Potem pchnęła drzwi i weszła do środka.
W sklepie pachniało kurzem, politurą i czymś jeszcze, trudnym do nazwania, czymś chłodnym jak metal trzymany długo w dłoni. Z każdej strony tykały zegary: małe kieszonkowe, ciężkie stojące, pękate budziki z popękanym szkłem. Dźwięki nie nakładały się na siebie, tylko układały w dziwny rytm, który po chwili zaczynał uwierać pod skórą.
Za ladą stał pan Szymon. Miał siwe wąsy, spokojną twarz i oczy, które błyszczały tak, jakby widziały o jedną sekundę za dużo.
Ola odruchowo wsunęła dłonie do kieszeni bluzy. - Szukam... - urwała, bo nagle wydało jej się głupie przyznać, że właściwie sama nie wie czego.
Pan Szymon uśmiechnął się tylko lekko. Sięgnął pod ladę i po chwili położył przed nią mały srebrny zegarek na cienkim łańcuszku. Był cięższy, niż wyglądał. Na wieczku miał wytarty wzór gwiazdy, a wskazówki stały nieruchomo, jakby czas w nim dawno przestał obowiązywać.
Ola zmarszczyła brwi. - Dlaczego?
To zabrzmiało jak żart, ale jego głos wcale nie był żartobliwy. Ola wzięła zegarek do ręki. Metal był zimny, niemal lodowaty. Gdy przysunęła go do ucha, usłyszała nie zwykłe tykanie, lecz cichy szept, jakby ktoś mówił bardzo daleko, a zarazem tuż przy jej skórze.
Pan Szymon nie odpowiedział.
W tej samej chwili świat wokół niej drgnął. Kontur lady zmiękł, półki na moment rozmazały się jak odbicie w wodzie, a zza ściany dobiegły ją głosy dzieci. Ola odwróciła się gwałtownie, ale za ladą nie było nikogo. Tylko zegary. I tykanie, które przyspieszało z każdą sekundą.
Srebrny zegarek w jej dłoni poruszył się lekko, jakby coś w środku obudziło się ze snu. Ola spojrzała przez szklaną szybką i zamarła.
W środku nie było mechanizmu.
Był jej pokój.
A w jego półmroku ktoś stał przy oknie i powoli odwracał głowę w jej stronę.
W tej samej chwili wszystkie zegary w sklepie zaczęły bić naraz, a drzwi za jej plecami zatrzasnęły się z hukiem. Ostatnie, co usłyszała, to spokojny głos pana Szymona tuż obok ucha: