Zegarmistrz z Ulicy Deszczowej

Amelia i Maks kryją się przed ulewą w sklepie pełnym starych zegarów. W piwnicy odkrywają niezwykły mechanizm, który porywa ich w nieznany czas i miejsce.

Deszcz spadł nagle, ciężki i głośny, jakby ktoś na Ulicy Deszczowej przewrócił na niebo wielkie wiadro. Amelia dopadła do daszku małego sklepiku w ostatniej chwili i odskoczyła od kałuży, która rozprysnęła się jej pod butami. Miała wracać prosto ze szkoły do domu, ale ulewa odcięła całą ulicę od świata.

Po chwili obok niej zahamował Maks na hulajnodze. Był cały mokry, włosy przykleiły mu się do czoła, a na rękawie wisiała kropla, która uparcie nie chciała spaść.

– Świetnie – mruknął. – Tylko tego mi brakowało.

Amelia parsknęła śmiechem i spojrzała przez szybę wystawową. Za nią stały zegary. Nie dwa, nie pięć, ale całe dziesiątki: małe, duże, okrągłe, kwadratowe, z wahadłami, bez wskazówek, w drewnianych skrzynkach i srebrnych kopułach. Wszystkie tykały inaczej. Jedne stukały szybko, inne przeciągle, a największy zegar stojący wybijał czas tak donośnie, że aż drżały szyby.

Wtedy drzwi sklepu skrzypnęły cicho i w szczelinie pojawiła się twarz staruszka w okularach tak grubych, że jego oczy wyglądały przez nie jak dwa małe księżyce.

– Jeśli chowacie się przed deszczem, możecie wejść – powiedział łagodnie. – W środku jest sucho. I spokojniej dla uszu.

Nie trzeba było ich długo namawiać. Gdy przekroczyli próg, uderzył ich zapach kurzu, oleju i starego drewna. W sklepie panowała dziwna cisza, przerywana tylko cichym, rozedrganym tykaniem. Amelia miała wrażenie, że każdy zegar oddycha własnym rytmem.

– Nazywam się pan Teofil – przedstawił się staruszek. – Naprawiam to, co inni już spisali na straty.

Przeszedł między półkami i odsunął zasłonę przy tylnej ścianie. Za nią kryły się wąskie, kręcone schody prowadzące w dół.

– A tam? – zapytał Maks, patrząc w mrok pod stopami.

Pan Teofil uśmiechnął się, jakby czekał właśnie na to pytanie.

– Tam trzymam zegary, które nie lubią słońca. I jeden, którego nikt jeszcze nie odważył się nakręcić.

Schody zaskrzypiały pod ich butami. Piwnica była chłodna i wąska, a półki uginały się pod ciężarem starych mechanizmów. Niektóre zegary nie miały nawet tarcz, tylko dziwne symbole, gwiazdki i linie jak wyrysowane w pośpiechu mapy. W samym środku stał niewielki złoty zegar. Miał szkło matowe od czasu i drobne kamienie błyszczące na obudowie jak krople zielonego światła.

Amelia podeszła bliżej. Coś w tym zegarze sprawiło, że aż przestała oddychać na sekundę. Nie był podobny do żadnego, jaki widziała wcześniej. Na jego bokach wiły się znaki przypominające litery, ale żadna z nich nie należała do znanego jej alfabetu.

– To właśnie on – powiedział cicho pan Teofil. – Zegar czasu.

Maks zmarszczył brwi.

– Zegar czasu? Tak po prostu?

– Niekoniecznie „po prostu”. Ale działa tylko wtedy, gdy ktoś naprawdę chce sprawdzić, co jest po drugiej stronie chwili.

Pan Teofil wsunął ręce do kieszeni i spojrzał na Amelię z uważną powagą.

– Jeszcze nikt go nie nakręcił. Może właśnie wy jesteście gotowi.

Amelia spojrzała na Maksa. W jego oczach zobaczyła dokładnie to samo, co czuła sama: strach, ciekawość i ten nieprzyjemny dreszcz, który pojawia się tuż przed zrobieniem czegoś zakazanego.

Wyciągnęła rękę.

Kluczyk był zimny i ciężki. Przekręciła go raz.

Zegar odpowiedział głuchym kliknięciem.

Przekręciła drugi raz.

Wtedy wszystko potoczyło się za szybko. Wskazówki drgnęły, kamienie na obudowie rozbłysły zielonym światłem, a z wnętrza mechanizmu dobiegł niski, narastający szum. Podłoga zadrżała. Powietrze zgęstniało. Ściany piwnicy zaczęły wirować, jakby ktoś mieszał cały pokój wielką, niewidzialną łyżką.

– Amelia... – zdążył powiedzieć Maks.

Potem zgasły lampy, rozdarła się biała mgła i zniknęło wszystko: sklep, schody, pan Teofil, deszcz za oknem.

Gdy Amelia otworzyła oczy, nie było już piwnicy ani miasta. Nad nią kołysały się wysokie drzewa, a między pniami migotało blade światło. Obok stał Maks, cały oszołomiony, z rozdziawionymi ustami. Naprzeciw nich w półkolu ustawili się dzieci w futrzanych skórach, wpatrzone w nich z takim zdumieniem, jakby spadli prosto z nieba.

Amelia ledwie zdążyła zrobić krok do tyłu, gdy ziemia pod ich stopami zaczęła drżeć coraz mocniej. Z głębi lasu dobiegło ciężkie dudnienie, a zaraz po nim niski, potężny ryk, od którego ptaki zerwały się z gałęzi.