Zegarmistrz z ulicy Mglistej

Sklep z zegarami przy Mglistej nie powinien istnieć w żadnym normalnym mieście. Kiedy Jagoda i Michał przekraczają jego próg, czas zaczyna zachowywać się tak, jakby miał własną wolę.

Ulica Mglista zawsze wydawała się urwana z mapy miasta. Nawet w południe światło dochodziło tu jak przez brudne szkło, a wieczorami wszystko cichło tak nagle, jakby ktoś zakręcał dźwięk w powietrzu. Jagoda i Michał wracali nią ze szkoły prawie codziennie, chociaż żadna rozsądna osoba nie wybierałaby tej drogi bez potrzeby. Oni mieli powód: sklep, który od miesięcy nie dawał im spokoju.

Nad wejściem wisiał wyblakły szyld: „Sklep Zegarmistrza E. Leona”. Litery były popękane, a mimo to wyglądały, jakby wciąż trzymały się ostatkiem sił. Za szybą stały zegary wszystkich rozmiarów i kształtów — kieszonkowe, ścienne, stojące, z kukułką, bez kukułki, z tarczami czarnymi jak noc i złotymi jak stare monety. Czasem wydawało się Jagodzie, że wskazówki jednego pokazują pięć po, innego zaś dwie minuty przed północą, choć patrzyła na nie z tego samego miejsca.

Tego listopadowego popołudnia mgła była tak gęsta, że latarnie tylko połykały ją w milczeniu. Jagoda zatrzymała się pierwsza. Drzwi sklepu były uchylone na szerokość dłoni.

„To niemożliwe” — szepnęła.

Michał zmrużył oczy i odruchowo wsunął ręce do kieszeni. „Może ktoś wszedł?”.

Nie zdążył dokończyć, bo Jagoda już pchnęła drzwi.

W środku uderzyła ich cisza tak ciężka, że aż zabolało ją w uszach. Nie była to zwykła cisza sklepu po zamknięciu. Tykanie setek mechanizmów pulsowało wszędzie naraz, jakby ściany oddychały czasem. Pachniało kurzem, starym drewnem i czymś ostrym, metalicznym, jak po burzy.

Za ladą siedział starzec o białych włosach, pochylony nad miniaturowym zegarkiem. Okulary na łańcuszku zsunęły mu się na koniec nosa, a palce poruszały się tak precyzyjnie, jakby naprawiał coś o wiele ważniejszego niż zwykły mechanizm. Nie podniósł wzroku, kiedy weszli.

„Nikt nie wchodzi tu przypadkiem” — powiedział cicho. Jego głos był spokojny, ale niósł się po sklepie dziwnie daleko. „Zwłaszcza wy.”

Jagoda poczuła, jak serce przyspiesza jej nagle i bez powodu. Michał zrobił krok w tył, lecz podłoga pod jego butem skrzypnęła tak głośno, że oboje zamarli.

Starzec odłożył narzędzie. Dopiero wtedy spojrzał na nich przez szkła okularów. W jego oczach było coś niepokojąco czujnego, jakby od dawna na nich czekał.

„Jeśli przyszliście po odpowiedź” — powiedział — „to spóźniliście się o czterdzieści trzy sekundy.”

W tej samej chwili wszystkie zegary w sklepie zamilkły.

A potem wskazówki jednego z najstarszych zegarów na ścianie drgnęły, przeskoczyły do dwunastej i zatrzymały się z suchym, ostrym trzaskiem. Z głębi mechanizmu dobiegł srebrzysty błysk. Powietrze zgęstniało, jakby coś niewidzialnego właśnie przecięło je na pół.

Jagoda cofnęła się odruchowo, ale drzwi za nimi zatrzasnęły się z hukiem.

I wtedy najstarszy zegar zaczął wybijać czas, którego nikt z nich jeszcze nie zdążył przeżyć.