Zegarmistrz z Ulicy Niewidzialnych Cieni

Siedemnastoletni Igor trafia do ukrytego warsztatu, w którym zwykły zegar może otworzyć przejście do świata, którego nie powinno być po drugiej stronie.

Miasto od dawna wydawało się Igorowi martwą układanką z betonu, kiosków i przystanków, które zawsze stały tam, gdzie stały. Nic nie miało w sobie tajemnicy. Nawet deszcz spływał po chodnikach tak samo jak wczoraj, jakby ktoś nakręcał ten sam dzień po raz kolejny.

Tego popołudnia padało mocniej niż zwykle. Igor wracał do domu po lekcjach, z plecakiem obijającym mu plecy i słuchawkami schowanymi głęboko w kieszeni. Kiedy skręcił w boczną ulicę, żeby skrócić drogę, miasto jakby przestało go rozpoznawać. Kamienice zrobiły się wyższe, okna ciemniejsze, a światło zgasło wcześniej, niż powinno. Po bruku płynęła woda, w której odbijały się tylko rozmazane kształty.

Na końcu wąskiego przejścia wisiał szyld, którego wcześniej na pewno tam nie było: „Zegarmistrz – naprawa wszelkiego czasu”. Litery były przekrzywione, jakby ktoś powiesił tabliczkę w pośpiechu albo wcale nie przejmował się tym, czy ktokolwiek ma ją przeczytać.

Igor zawahał się. Chciał zawrócić, ale coś w tej ulicy przyciągało go z uporczywością, której nie potrafił nazwać. Drzwi warsztatu uchyliły się same, zanim zdążył dotknąć klamki.

W środku uderzył go zapach kurzu, oleju i chłodnego metalu. Wszędzie wisiały zegary. Na ścianach, na belkach, na stojakach, a nawet pod sufitem. Niektóre miały ciężkie, drewniane obudowy, inne cienkie tarcze z błyszczącego szkła, jeszcze inne wyglądały tak, jakby zostały złożone z części przyszłości albo z czyjegoś snu. Między półkami leżały rozsypane trybiki, sprężyny, wahadła i małe mechaniczne ptaki z nieruchomymi, szklanymi oczami.

Przy stole siedział staruszek. Nie wyglądał na zaskoczonego. Miał siwe włosy, szczupłą twarz i spojrzenie tak przenikliwe, że Igor poczuł się, jakby ktoś przeszukał mu kieszenie bez dotykania płaszcza.

– Wiedziałem, że przyjdziesz, Igorze – powiedział spokojnie, nie podnosząc wzroku znad rozebranego mechanizmu.

Igor zamarł.

– Skąd pan zna moje imię?

Staruszek odłożył pincetę, jakby właśnie skończył coś, co nie mogło poczekać ani sekundy dłużej. Dopiero wtedy spojrzał na chłopaka i lekko skłonił głowę.

– To zależy od tego, które imię masz dzisiaj na myśli.

Igor otworzył usta, ale nie wydobył z siebie żadnego dźwięku. W ciszy warsztatu tykanie zegarów brzmiało zbyt głośno, niemal agresywnie. Największy z nich stał w kącie, przykryty ciemnym płótnem. Gdy staruszek uniósł dłoń, materiał sam zsunął się na podłogę.

Pod nim błysnął ogromny złoty zegar. Jego wskazówki nie poruszały się zgodnie z ruchem innych. Cofnęły się o ułamek sekundy, po czym nagle drgnęły do przodu, jakby coś po drugiej stronie przyciągało je z siłą.

– Tego czasu nie powinno tu być – powiedział zegarmistrz. – Kto go dotknie, musi wybrać. Zapomnieć albo zobaczyć, co naprawdę kryje się za tą ulicą.

Igor zrobił krok do tyłu, ale spojrzenie miał już wbite w tarczę. W szkle nie odbijał się warsztat. Zamiast półek i zegarów zobaczył miasto, którego nie znał: jaśniejące wieżowce, ruchome mosty i ulice pełne światła, jakby noc nigdy tam nie istniała. Miasto pulsowało obcą energią, piękne i niepokojące jednocześnie.

Wtedy zegar zadzwonił.

Jedno, głuche uderzenie przecięło powietrze. Wszystkie wskazówki zatrzymały się naraz. Z sufitu posypał się srebrny pył, a błękitny dym wypełnił warsztat tak szybko, że Igor cofnął się o pół kroku i poczuł pod butami drżenie podłogi, jakby coś ogromnego poruszyło się pod nią od środka.

Staruszek spojrzał prosto na niego.

– Za późno, Igorze – szepnął. – Już cię zauważyli.

I wtedy złoty zegar pękł od środka.