Siedemnastoletnia Lena trafia do starego warsztatu przy ulicy Szeptów i odkrywa, że jeden zepsuty zegarek może otworzyć drzwi do czegoś, czego nie da się już odzobaczyć.
Kraków miał ciężkie, grafitowe niebo, a środowe popołudnie wisiało w powietrzu jak oddech przed burzą. Lena szła ulicą Szeptów szybkim krokiem, z wystygłą kawą w dłoni i plecakiem ciągnącym ją w jedną stronę, podczas gdy myśli uparcie uciekały w drugą. Miała dość hałasu szkoły, dość rozmów, dość tego dnia. Chciała tylko wrócić do domu i zniknąć na kilka godzin.
Wtedy zobaczyła szyld. Mały, niemal wtapiający się w ceglaną fasadę: „Zegarmistrz L. Vistula”. Witryna była przykurzona, lecz za szkłem widać było cały zastygły wszechświat: kieszonkowe zegarki, ścienne dzwonki, stare budziki o wyblakłych tarczach, wielkie stojące zegary z ciemnego drewna. Żaden nie wskazywał tej samej godziny. Wszystkie wydawały się czekać.
Lena zawahała się tylko przez moment, po czym nacisnęła ciężkie drzwi. Dzwonek odezwał się krótko i cienko, jakby sam nie był pewien, czy chce zaprosić ją do środka. Warsztat pachniał kurzem, olejem do mechanizmów i starym papierem. Przy blacie siedział starzec z siwą brodą, pochylony nad rozebranym zegarkiem. Gdy podniósł wzrok, Lena odruchowo zacisnęła palce na kubku.
Jego oczy były tak jasne, że niemal nie wyglądały na ludzkie.
– Zegarki pamiętają więcej, niż się wydaje – powiedział cicho. – Trzeba tylko wiedzieć, jak ich słuchać.
Lena nie wiedziała, czy to żart, czy ostrzeżenie. Wyjęła z kieszeni zegarek po dziadku, ten sam, który od tygodni milczał uparcie, choć nikt nie potrafił znaleźć w nim żadnej usterki. Starzec wziął go ostrożnie, jakby trzymał coś kruchego i groźnego zarazem.
– To nie jest zwykły egzemplarz – mruknął.
Zanim Lena zdążyła zapytać, co to ma znaczyć, zza regału dobiegł ją dźwięk, którego nie mógł wydać żaden mechanizm w tym pokoju. Nie było to tykanie. Raczej przeciągłe, ledwie słyszalne wołanie, jak melodia uwięziona pod grubą warstwą ciszy. Lena odwróciła głowę.
Między szafką a ścianą zobaczyła uchylone drzwi. Jeszcze przed chwilą ich tam nie było. Spomiędzy szczeliny sączyło się złote światło, ciepłe i niepokojące zarazem.
– Tam nie wchodzi się przypadkiem – powiedział zegarmistrz. – A zanim przekroczysz próg, musisz zdecydować, czy naprawdę chcesz usłyszeć, co robi czas, kiedy nikt na niego nie patrzy.
Lena zrobiła krok w stronę drzwi i poczuła, że zegarek po dziadku nagle drgnął w jej dłoni.