W opuszczonym warsztacie na ulicy Wspomnień Ola, Maks i Jagoda znajdują zegar, który nie pokazuje czasu, lecz go rozszczelnia. Gdy próbują go uruchomić, coś zaczyna ich wołać z innej epoki.
Na ulicy Wspomnień od lat straszył mały warsztat zegarmistrzowski, tak wciśnięty między kamienice, jakby sam próbował zniknąć. W witrynie stały zegary z popękanymi tarczami, a kurz leżał na nich grubą warstwą, jak na czymś dawno porzuconym. Miejscowi mówili, że zegarmistrz zniknął pewnej nocy bez śladu. Potem nikt już nie odważył się tam zajrzeć.
Ola, Maks i Jagoda wracali po lekcjach tą samą drogą, co zwykle, ale tego dnia zatrzymali się przed zardzewiałym szyldem. Od lat karmili się opowieściami o miejscu, w którym czas podobno stanął. Nikt z nich nie powiedział tego na głos, dopóki Maks nie pchnął drzwi. Ustąpiły z cichym jękiem, jakby ktoś od dawna czekał właśnie na nich.
W środku pachniało smarem, starym drewnem i czymś jeszcze, metalicznie chłodnym. Warsztat był ciemny, gęsty od ciszy. Na ścianach wisiały pożółkłe schematy mechanizmów, a pod nimi stały szafy pełne trybików, sprężyn i wahadeł. Każdy krok odbijał się tu zbyt wyraźnym echem.
W samym środku pomieszczenia, pod szklaną kopułą, stał ogromny zegar. Nie przypominał żadnego, jaki kiedykolwiek widzieli. Na tarczy zamiast cyfr błyszczały symbole, a wskazówki poruszały się w przeciwną stronę. Jakby cofały coś, co już dawno powinno zostać zapomniane.
Jagoda podeszła najbliżej i przeczytała napis wyryty na metalowej obręczy: „Aby pójść naprzód, trzeba spojrzeć wstecz”. Zanim zdążyła cofnąć rękę, Maks dotknął szkła.
W tej samej chwili wszystkie zegary w warsztacie ożyły. Jedne zaczęły wybijać różne godziny, inne tykały tak szybko, że ich wskazówki zamieniły się w srebrne smugi. Ola spojrzała na ekran telefonu i pobladła. Data na wyświetlaczu nie miała sensu. 1922. 2050. 1847. Każdy telefon pokazywał coś innego, jakby świat rozpadł się na obce kawałki.
Światło zgasło na ułamek sekundy.
Kiedy wróciło, warsztat już nie był pusty. Między regałami przesuwały się cienie ludzi w ubraniach z różnych epok. Nikt z nich nie patrzył na troje przyjaciół, a jednak każdy cień zdawał się zbliżać właśnie do nich. Zegar pod kopułą uderzył raz, głucho i ciężko, po czym wskazówki przyspieszyły tak gwałtownie, że aż zabolało od samego patrzenia.
Potem wszystko zawirowało.
Kiedy drżenie ustało, Ola, Maks i Jagoda stali już nie w warsztacie, lecz na mokrym bruku nieznanego miasta. Nad dachami wisiała mleczna mgła, a ulica była pusta tylko przez chwilę. Z oddali dochodził stukot kół i głosy, które brzmiały, jakby należały do kogoś z zupełnie innego czasu.
Maks ścisnął w dłoni zegar, którego nie pamiętał, by brał ze sobą. Wskazówki wirowały coraz szybciej.
Wtedy z mgły dobiegło ich wyraźne wołanie.
Po imieniu.