Zegarmistrzowie Równoległego Brzasku

Alicja i Igor trafiają do ukrytej krainy, w której czas nie płynie prosto, a pierwsze spotkanie szybko zamienia się w próbę.

Noc była lepka od ciepła, kiedy Alicja i Igor wspinali się na wzgórze za opuszczonym miasteczkiem. Zostawili za sobą campus, terminy i wszystkie rzeczy, które przez ostatnie tygodnie trzymały ich przy ziemi. W plecakach mieli tylko termos z zimną już kawą, notesy i srebrne identyfikatory z napisem „Katedra Nieskończonych Możliwości”.

Na dole gasły ostatnie światła miasta, rozsypane w ciemności jak popiół po niewidzialnym ogniu. Nad nimi niebo było ciężkie i nieruchome, a wiatr, który przeciskał się przez krzaki, brzmiał dziwnie, jakby niósł urwane głosy z innego miejsca. Dopiero gdy stanęli na szczycie, zobaczyli bramę: starą, przeżartą rdzą, wbita w chwasty jak resztka po czymś, co dawno powinno zniknąć. Po metalu biegł wyryty wzór splecionych trybików i tarcz zegarowych.

Alicja zatrzymała się pierwsza. Przetarła czoło i spojrzała na Igora spod mokrych od potu włosów.

Igor nie odpowiedział od razu. Patrzył na bramę z tym samym napięciem, z jakim zwykle patrzył na rzeczy, których jeszcze nie potrafił nazwać. Kiedy uniósł rękę, jego zegarek nagle stanął. Drugi, który trzymał w kieszeni, zrobił to samo. Chwilę później wskazówki unieruchomiły się także na zegarku Alicji.

Igor dotknął zimnego metalu. Wokół jego palców przebiegł błękitny błysk, krótki i ostry jak iskra z przeciętego kabla. Cofnął dłoń, a potem spojrzał na nią z niedowierzaniem.

Kiedy dotknęli bramy jednocześnie, powietrze zadrżało. Ziemia pod ich butami lekko osiadła, jakby wzgórze na moment wstrzymało oddech. W szczelinie między skrzydłami rozlała się mgła, z której powoli wyłonił się korytarz rozświetlony zimnym, pulsującym blaskiem. Z głębi dochodziło tykanie. Gęste, spokojne, wielowarstwowe, jakby gdzieś za zasłoną świata pracowały setki ukrytych zegarów.

Alicja wymieniła z Igorem spojrzenie. Strach był w nim wyraźny, ale jeszcze wyraźniejsza była ciekawość.

Przeszli.

Po drugiej stronie powietrze pachniało lawendą i metalem. Niebo miało barwę bladego świtu, choć nie było świtu, a drzewa rosły z liśćmi srebrnymi jak łuski. W oddali sunęły nad koronami ogromne mechaniczne ptaki, a ich skrzydła wydawały niski, metaliczny szum. Wszystko wyglądało znajomo i obco zarazem, jak sen zapamiętany tylko do połowy.

Z cienia drzew wyłoniła się postać w długiej granatowej szacie. Na twarzy miała maskę przypominającą cyferblat, a w dłoni trzymała laskę zakończoną kryształową klepsydrą. Fioletowy piasek przesypywał się w niej powoli, zbyt powoli, jak na coś, co powinno po prostu spadać.

Głos niósł się dziwnie, jak dźwięk dzwonu słyszany przez wodę. Alicia poczuła, jak kark obleka jej chłód.

Wiatr nagle przybrał na sile. Piasek w klepsydrze przyspieszył, a niebo nad ich głowami przecięły wirujące smugi światła, jakby coś ogromnego i niewidzialnego zaczęło przesuwać się po drugiej stronie chmur. Igor odruchowo zrobił krok w tył, ale ziemia pod nim odpowiedziała głuchym, metalicznym stuknięciem.

Postać w masce uniosła laskę.

A potem cały Równoległy Brzask zatrzymał się na jednym, niepokojącym uderzeniu serca.