Zegarowy Labirynt

Leon i Zosia odkrywają w starym zegarze na strychu ukryte przejście do dziwnego świata, gdzie czas płynie inaczej i ktoś najwyraźniej ich oczekuje.

Leon i Zosia mieszkali w kamienicy przy ulicy Zatopionych Zegarów. Sama nazwa brzmiała jak zagadka, ale ich dom naprawdę ją przypominał: klatka schodowa skrzypiała jak stary mechanizm, a na strychu stał ogromny zegar dziadka Alfonsa, wyższy od dorosłego człowieka i ciemny jak mokre drewno po deszczu.

Najdziwniejsze było to, że każdego wieczoru wskazówki zaczynały kręcić się w drugą stronę. Nikt ich nie nakręcał, a mimo to spod ciężkich drzwiczek dobiegało ciche tykanie, uparte i żywe, jakby w środku coś czuwało.

Tamtego pochmurnego popołudnia rodzice krzątali się w kuchni, więc Leon tylko poruszył brwiami w stronę schodów na strych.

– Tylko na chwilę – szepnął.

Zosia od razu sięgnęła po latarkę. Lubiła sekrety, ale jeszcze bardziej lubiła te, które naprawdę istniały. A Leon miał dar znajdowania rzeczy, których inni nawet nie szukali.

Na strychu pachniało kurzem, starym drewnem i czymś chłodnym, metalicznym. Wąska smuga światła przecięła pajęczyny, a ogromny zegar wyłonił się z mroku jak strażnik pilnujący zapomnianego wejścia. Leon przesunął palcami po rzeźbionej ramie. Zegar drgnął.

– Czujesz? – spytała Zosia szeptem.

Metal pod jej dłonią był lodowaty. Po chwili wskazówki szarpnęły się gwałtownie do tyłu, jakby ktoś po drugiej stronie pchnął je z całej siły. Rozległ się cichy klik. Między cyframi otworzyła się wąska szczelina.

Leon odsunął się o krok, ale ciekawość była silniejsza niż strach. Wsunął palce w szparę. Coś w środku poruszyło się z głuchym zgrzytem. Drzwiczki uchyliły się same, powoli, z przeciągłym skrzypnięciem, które odbiło się echem po strychu.

Za nimi nie było zwykłego mechanizmu. Zamiast kół zębatych i wahadła w głąb zegara prowadził wąski, spiralny korytarz. Ściany migotały od srebrnych trybików, a w powietrzu unosił się pył podobny do popiołu, tylko że błyszczący jak iskry.

Zosia ścisnęła mocniej latarkę.

– Wchodzimy? – zapytała, choć jej oczy już odpowiedziały za nią.

Leon skinął głową i razem zrobili krok do środka. Podłoga zniknęła im spod stóp.

Spadali w ciemność, coraz szybciej, wśród cieni, które przemykały obok jak urwane sekundy. Mignęły im dzwony, latające zegarkowe ptaki i wieże zbudowane z tarcz, a potem wylądowali na miękkim dywanie utkanym z wirujących wskazówek.

Nie zdążyli nawet złapać oddechu, gdy zza ich pleców dobiegł cichy, chropawy szept:

– Wreszcie ktoś przyszedł.

W półmroku poruszył się wysoki cień, a Leon i Zosia podnieśli głowy prosto w stronę dwóch świecących jak tarcze oczu.