Zegary pod podłogą

W starym domu na wzgórzu Karolina, Hubert, Marta i Oskar trafiają na ukrytą pod podłogą komnatę pełną zegarów. Każde tyknięcie zdaje się przesuwać granicę między zwykłą nocą a czymś, czego nie da się już zatrzymać.

Deszcz bębnił o dach, kiedy Karolina, Hubert, Marta i Oskar stanęli przed domem dziadka Franciszka. W ciemności wyglądał jak ogromny cień przyczepiony do zbocza wzgórza. Mgła pełzła nisko po trawie, a snop latarki przecinał ją jak blade ostrze.

W środku było duszno od kurzu i starego drewna. Każdy krok wywoływał przeciągłe skrzypienie, jakby dom niechętnie wpuszczał ich głębiej. Karolina chciała powiedzieć, że to głupi pomysł, ale w tej samej chwili wszyscy zamarli.

Pod podłogą ktoś albo coś tykało. Nie równo, nie jak jeden zegar, lecz dziesiątki naraz, rozrzucone w ciemności pod deskami. Ciche, uporczywe, zbyt bliskie, by je zignorować.

Hubert przykucnął przy dywanie, odsunął go jednym ruchem i odnalazł małą klapę ukrytą między deskami. Zawiasy jęknęły, gdy ją uniósł. Z ciemnego otworu powiało chłodem, a spod spodu zamigotał metaliczny połysk.

Podłoga ustąpiła, ukazując wąskie schodki prowadzące w dół. Na ich końcu, w półmroku, stały zegary. Duże i małe, stojące i wiszące, z pękniętymi szkłami i tarczami pożółkłymi od czasu. Wszystkie tykały inaczej, a jednak razem, jakby oddychały jednym rytmem.

Oskar przełknął ślinę i zrobił krok w dół. W tym samym momencie tykanie przyspieszyło. Wskazówki drgnęły, przesunęły się gwałtownie i cały dom zdawał się na sekundę skurczyć wokół nich.

Potem jeden z zegarów zadzwonił tak głośno, że aż zabolały ich uszy. Ściany piwnicy zadrżały. Z głębi, zza rzędu tarcz, dobiegł niski dźwięk, bardziej podobny do melodii niż do ostrzeżenia.

I wtedy Karolina zobaczyła coś, co sprawiło, że cofnęła się o krok: na jednej z tarcz wskazówka przesunęła się sama i zatrzymała dokładnie na ich nazwiskach.