Gdy Lena znajduje na strychu tajemniczy zegar, jeden ruch wskazówek wyrzuca ją do miasta z innej epoki i w sam środek zagadki, której nie powinna była dotknąć.
Deszcz tłukł o dach starego domu tak głośno, jakby chciał się przez niego przebić. Lena wspinała się po strychu z latarką w dłoni, szukając pudeł po babci, w których podobno miały leżeć stare książki. Znalazła kurz, pajęczyny, połamane ramki i stertę przedmiotów, które dawno przestały komukolwiek być potrzebne.
Za przewróconą skrzynią stał zegar. Nie zwykły, nie taki, jaki stawia się w salonie dla ozdoby. Masywny, wysoki, z mosiężnymi zdobieniami i dwiema tarczami, jakby ktoś złożył go z dwóch różnych czasów. Na ciemnej obudowie połyskiwały drobne rzeźbienia, a w środku, pod szkłem, trybiki poruszały się cicho, choć nikt go nie nakręcał.
Lena przetarła dłonią front. Pod palcami metal był chłodny, niemal żywy. Kiedy pochyliła się bliżej, żeby odczytać wyblakły napis na podstawie, zegar nagle drgnął.
Najpierw usłyszała suchy trzask. Potem w środku rozbłysło granatowe światło, tak intensywne, że na moment oślepiło ją przez łzy i kurz. Cofnęła rękę, ale wskazówki już ruszyły. Nie płynęły po tarczy, tylko wirowały coraz szybciej, aż całe pomieszczenie zaczęło się rozpadać na błękitne smugi i srebrne błyski.
Lena próbowała złapać oddech, lecz podłoga uciekła jej spod stóp. Przez ułamek sekundy miała wrażenie, że spada przez wodę albo przez światło, które nie ma końca.
Kiedy wszystko nagle ucichło, stała już nie na strychu, lecz na wąskiej ulicy otoczonej wysokimi murami miasta. Kamienne baszty tonęły w mgłach, a nad dachami unosił się ciężki dym z palenisk. Wokół przechodzili ludzie w długich płaszczach i sukniach, a gdzieś za murami dudniły koła wozów i rżały konie.
Lena ścisnęła zegar tak mocno, że aż zabolały ją palce. Sekundowa wskazówka stała nieruchomo na południu.
Wtedy zza rogu wybiegł chłopak w ciemnej pelerynie. W dłoni też trzymał zegar. Zatrzymał się gwałtownie, spojrzał na Lenę i przez chwilę oboje tylko patrzyli na siebie, jakby każde z nich nie było pewne, czy drugie naprawdę istnieje.
Odpowiedź nie nadeszła, bo z wieży rozległo się bicie dzwonów. Raz. Drugi. Trzeci.
Lena odruchowo spojrzała w stronę placu. Z bocznych ulic zaczęli wychodzić ludzie z zegarami w dłoniach. Zbyt wielu. Jeden po drugim ustawiali się wokół niej i chłopaka, milcząc, jakby dokładnie wiedzieli, kogo szukają.
A potem wszystkie wskazówki w ich zegarach poruszyły się jednocześnie.