Znalazłem stary zeszyt w szufladzie, a kiedy go otworzyłem, odpowiedź pojawiła się sama. Potem zobaczyłem rysunek, który nie powinien istnieć.
Miałem zwykły zeszyt. Taki, po którym spodziewasz się co najwyżej kilku bazgrołów, listy zakupów albo zadania z matematyki.
Ten mój był stary. Okładka była podrapana, rogi zgięte, a kartki miały kolor herbaty, którą ktoś zostawił za długo na stole. Wypadł mi z dna szuflady, kiedy szukałem długopisu.
Otworzyłem go na pierwszej stronie i już miałem coś napisać, kiedy papier lekko zadrżał.
Potem pojawiło się jedno słowo.
Później drugie.
A po chwili cały akapit, jakby ktoś siedział tuż obok mnie i pisał szybciej, niż zdążyłbym mrugnąć.
Przeczytałem wiadomość i poczułem, jak robi mi się zimno:
Witaj. Czekałem na ciebie. Ale mamy mało czasu...
Od razu odsunąłem rękę od zeszytu.
Kto to napisał?
Chwyciłem długopis i drżącą dłonią wpisałem:
Kim jesteś?
Przez chwilę nic się nie działo. A potem długopis szarpnął się w moich palcach i sam dokończył odpowiedź:
Jestem tobą... ale z miejsca, w którym nigdy nie powinieneś się znaleźć.
Przełknąłem ślinę. W pokoju było cicho, tylko zegar tykał zbyt głośno, jakby też czytał przez ramię.
Zeszyt sam przewrócił stronę.
Na następnej kartce był rysunek. Mój rysunek. Stałem na nim w dokładnie tym samym ubraniu, z tym samym zeszytem w ręku.
Tylko nie w moim pokoju.
Za mną widać było wielkie, ciemne drzwi, których nigdy wcześniej nie widziałem.
A na ich środku ktoś właśnie położył dłoń od drugiej strony.