Siedemnastoletnia Maja trafia do opuszczonej oranżerii, gdzie znajduje zielnik pełen roślin nieznanych z żadnej książki. Gdy otwiera pierwszą stronę, w mroku coś odpowiada.
Maja od dawna miała wrażenie, że ich miasteczko tylko udaje senność. Równe żywopłoty, zasłonięte firanki, zamknięte sklepy po zmroku — wszystko wyglądało tu tak, jakby ktoś pilnował, by nic się nie wydarzyło. A jednak ona zawsze wyłapywała drobne pęknięcia w tym spokoju: cień, który przesuwał się nie tam, gdzie powinien, zapach mokrej ziemi bez śladu deszczu, ciche trzaski dochodzące z ogrodów, kiedy wszyscy inni już spali.
Tego wieczoru wiatr niósł chłód i wilgoć. Maja szła powoli końcem ulicy, kiedy zauważyła furtkę, której wcześniej nigdy nie widziała. Rdza pożarła ją prawie całą, ale wisiała krzywo na zawiasach jak znak ostrzegawczy. Za nią, na zapuszczonej posesji, wyrastała oranżeria — wysoka, przysadzista, z popękanymi szybami, między którymi wiły się dzikie pnącza. Nawet z tej odległości czuła bijące od niej ciepło, nienaturalne i obce, jak od rozgrzanego kamienia ukrytego pod śniegiem.
Maja zawahała się tylko przez chwilę. Potem wsunęła dłoń między pręty furtki i przepchnęła ją z cichym jękiem metalu. Ziemia pod butami była miękka, zarośnięta, a każdy krok brzmiał zbyt głośno. Na szybach oranżerii ktoś dawno temu wyrył wzory przypominające liście, zwoje i długie, cienkie łodygi. Im bliżej podchodziła, tym wyraźniej widziała, że to nie były zwykłe ornamenty. Niektóre linie układały się w znaki, jakby ktoś próbował zapisać coś bez słów.
Drzwi ustąpiły pod lekkim naporem. Skrzypnęły tak przeciągle, że Maja od razu miała ochotę się cofnąć, ale ciekawość okazała się silniejsza. W środku panował półmrok przetykany smugami bladego światła. Na stołach piętrzyły się doniczki, zasuszone gałązki, szklane fiolki z osadem na dnie i porozkładane zeszyty pełne pożółkłych notatek. W powietrzu unosił się zapach ziemi, starych kart i czegoś jeszcze — ostrego, zielonego, jak po roztarciu świeżego liścia między palcami.
Na środku największego stołu leżała księga. Nie zwykły album, tylko potężny zielnik oprawiony w ciemną skórę, z metalowymi narożnikami pociemniałymi od czasu. Maja podeszła bliżej i wtedy serce przyspieszyło jej na moment, jakby ktoś pociągnął za niewidzialną nitkę. Litery na okładce nie stały w miejscu. Przesuwały się, falowały, aż w końcu ułożyły się wyraźnie: Zielnik Cieni.
Dotknęła okładki. Była ciepła.
Otworzyła książkę na pierwszej stronie. Na papierze widniał rysunek rośliny, która wyglądała jak coś pomiędzy bluszczem a skrzydłami motyla. Atrament połyskiwał, jakby dopiero co wysechł, a przy ilustracji widniał krótki zapis: Tylko w świetle księżyca.
W tej samej chwili pod stołem poruszył się cień.
Maja wstrzymała oddech. Półmrok w oranżerii zgęstniał, jakby ktoś zamknął nad nią ciemny baldachim, a z głębi pomieszczenia dobiegł szept tak cichy, że bardziej czuła go w karku niż słyszała uszami:
— Kto otworzył księgę?
Maja powoli podniosła wzrok. W rogu oranżerii coś odłączyło się od ściany i ruszyło w jej stronę.