W upalne lato w Olszynie Lena, Kacper i Maks znajdują ukrytą skrzynkę na listy, która zostawia im wiadomość i wyciąga ich pod dąb dokładnie o północy.
Sierpień w Olszynie stał w miejscu. Powietrze było ciężkie od kurzu, gorących dachów i słodkiego zapachu jabłek dojrzewających w ogrodach za blokami. Lena, Kacper i Maks wałęsali się po osiedlu bez celu, znużeni tym samym, co zwykle: ławką przy sklepie, boiskówką bez piłki, ciszą przedwieczornych ulic.
Pod Starym Dębem było odrobinę chłodniej. Drzewo rosło na małym skwerze przy skrzyżowaniu, rozkładając nad nimi konary jak zielony parasol. Lena zatrzymała się pierwsza. Miała ten rodzaj czujności, który kazał jej zauważać rzeczy pomijane przez innych. Wczepiła spojrzenie w ziemię przy korzeniach i przykucnęła.
– Patrzcie na to.
Spośród mchu wystawała skrzynka. Niewielka, zielonkawa, z matowego mosiądzu, tak stara, jakby wyrosła razem z drzewem. Miała wąski otwór na listy i wyblakły napis wyryty na wieku: „Dla tych, którzy potrafią słuchać”.
Maks gwizdnął cicho.
– Serio? Ktoś schował tu skarb?
Kacper przykucnął obok i przesunął palcem po zardzewiałym brzegu. Był starszy od Maksa, spokojniejszy, ale nawet on nie potrafił ukryć zaciekawienia.
– Dziadek kiedyś mówił, że przed wojną była tu aleja listonoszy. Podobno stawiali skrzynki w dziwnych miejscach.
Lena już wyciągała z kieszeni zmiętą kartkę.
– To sprawdzimy.
Napisała tylko kilka słów: „Cześć. Jesteśmy tu. A ty?” Zawinęła kartkę w mały rulon i wsunęła ją do środka. Skrzynka nie wydała żadnego dźwięku. Nie drgnęła. Jakby połknęła wiadomość i czekała.
Przez resztę dnia wracali pod dąb jeszcze dwa razy, ale zielona skrzynka milczała. Dopiero noc przyniosła burzę. Deszcz uderzał o parapety tak mocno, że Lena długo nie mogła zasnąć. Rano trawa była mokra, a park pachniał wilgotną ziemią i ozonem.
Spotkali się tam zaraz po śniadaniu. Maks był przekonany, że to początek jakiejś tajnej zabawy. Kacper próbował żartować, ale wciąż zerkał na skrzynkę. Lena nic nie mówiła. Po prostu podeszła do pnia i położyła dłoń na wieku.
Tym razem usłyszeli ciche kliknięcie.
Pokrywa sama odskoczyła.
W środku nie leżał list, tylko świeży, zielony liść, jakby dopiero co spadł z drzewa. Na jego powierzchni ktoś wyrył cienkie, nierówne litery: „Przyjdźcie dziś o północy. Przynieście światło. Tylko wy troje.”
– To nie jest śmieszne – powiedział Maks ciszej, niż zwykle.
Kacper podniósł wzrok.
Między korzeniami coś zaszeleściło. Nie wiatr. Coś, co brzmiało jak powolny krok po suchych liściach.
Lena odwróciła się pierwsza.
Za pniem, w cieniu Starego Dębu, ktoś albo coś właśnie się poruszyło.