Amelia i Filip wymykają się do starego lasu, gdzie spotykają Lirę, driadę z zielonych wzgórz, i trafiają na srebrne drzwi ukryte w pniu drzewa.
Amelia i Filip mieszkali tuż przy granicy prastarego lasu, który od dawna rozpalał wyobraźnię dzieci z całej wioski. Dorośli powtarzali, że między dębami łatwo się zgubić, a w gęstwinie czają się dziwne stworzenia, lecz właśnie to sprawiało, że las wydawał się jeszcze bardziej kuszący. Najbardziej przyciągały ich zielone wzgórza ukryte za drzewami — mówiono, że z ich szczytu widać coś więcej niż zwykły świat.
Tamtego letniego popołudnia ciekawość okazała się silniejsza od zakazów. Amelia chwyciła brata za rękę i oboje przemknęli przez wysoką trawę, omijając omszałe kamienie i krzaki tak gęste, jakby las nie chciał nikogo przepuścić. Im wyżej się wspinali, tym powietrze stawało się chłodniejsze, a między liśćmi zaczęły migotać świetliki, choć słońce wciąż wisiało wysoko nad koronami drzew.
Na szczycie wzgórza usłyszeli cichy śmiech.
Filip znieruchomiał.
— Kto tam? — szepnął.
Za starym dębem poruszyły się gałęzie i z cienia wysunęła się dziewczynka o włosach zielonych jak świeże listki po deszczu. Miała sukienkę splecioną z kwiatów i cienkich pędów, a kiedy stawiała kroki, pod jej stopami cicho szeleściła trawa.
— Nazywam się Lira — powiedziała. — Jestem driadą tych wzgórz.
Amelia spojrzała na nią z niedowierzaniem, ale Lira nie wyglądała ani odrobinę na zaskoczoną ich obecnością.
— Czekałam na was — dodała, a jej zielone oczy błysnęły tajemniczo. — Tylko nie mówcie, że nie słyszeliście, jak las was woła.
Zanim któreś zdążyło odpowiedzieć, driada skinęła ręką i ruszyła między drzewa. Amelia i Filip popatrzyli na siebie, po czym poszli za nią, coraz głębiej w cień, gdzie pachniało mokrą korą i czymś jeszcze — czymś słodkim, nieznanym, niemal magicznym.
W końcu Lira zatrzymała się przed pniem starej jabłoni. Drzewo było ogromne, sękate i puste w środku. W jego wnętrzu połyskiwały drzwi, jakby utkane ze srebra i bladego światła księżyca.
— Otwierają się tylko raz w roku — wyszeptała. — Wtedy, gdy pełnia jest wysoka, a wiatr niesie zapach nowych przygód.
Amelia poczuła, jak serce zaczyna bić jej szybciej. Filip ścisnął jej dłoń tak mocno, że aż zabolało.
Lira położyła palce na srebrnej klamce.
W tej samej chwili z wnętrza jabłoni dobiegł głuchy, niepokojący szmer, a światło za drzwiami rozjarzyło się tak mocno, że cień wokół nich drgnął, jakby coś po drugiej stronie właśnie się przebudziło.