Antek i Kalina dostrzegają nad miastem zielony błysk, a następnego dnia trafiają do lasu, gdzie czeka na nich coś, czego nie powinno być na Ziemi.
Na osiedlu Słonecznym lato zwykle pachniało rozgrzanym betonem, trawą z przyblokowych skwerów i lemoniadą wypijaną na balkonach. Tego wieczoru było jednak inaczej. Antek i Kalina siedzieli na dachu swojego bloku z teleskopem, kocem i kubkami gorącej herbaty, czekając na rój meteorów, o którym mówił tata.
Niebo było czyste i ciemne, aż nagle przeciął je błysk tak ostry, że oboje mrugnęli jednocześnie. To nie był zwykły meteor. Światło było zielone, intensywne, niemal lodowate, i sunęło wolniej, niż powinno. Przez ułamek sekundy wyglądało, jakby coś ogromnego i płonącego przecinało niebo nad ich miastem. Potem błysk zniknął za linią lasu, a nad dachami rozlała się krótka, dziwna cisza.
Kalina pierwsza spojrzała na zegarek. Od tamtej chwili minęły ledwie dwie minuty.
Antek już stał przy teleskopie, z sercem bijącym tak mocno, jakby chciało wyskoczyć mu z piersi.
Następnego dnia wsiedli na rowery zaraz po lekcjach online. Droga do lasu wydawała się dłuższa niż zwykle. Im bliżej byli polany, tym bardziej wszystko stawało się niepokojąco ciche. Nawet ptaki ucichły, jakby ktoś kazał im zamilknąć. Przez gałęzie przesączało się światło, ale miało w sobie dziwny, zielonkawy poblask.
Na środku niewielkiej polany trawa była przypalona w równy krąg. W jego centrum tkwił metaliczny przedmiot wielkości małego samochodu. Jego powierzchnia falowała bladymi, pulsującymi wzorami, jakby pod metalem płynęło własne, obce światło.
Kalina zsiadła z roweru pierwsza, lecz od razu zawahała się.
Obiekt drgnął.
Najpierw bardzo lekko, potem mocniej, aż spod jego boków dobiegł cichy szum. W powietrzu rozległ się dźwięk podobny do szeptu, jakby ktoś wypowiadał jedno słowo, którego nie dało się zrozumieć. Powierzchnia rozsunęła się powoli, odsłaniając wąskie wejście, a z wnętrza wypłynęło zielone światło tak jasne, że Antek odruchowo zasłonił oczy.
Z tyłu, za ich plecami, rozległ się nagły trzask gałęzi.