Ziemia 7B i tajemnica zielonej kopuły

Nela, Jonasz i Maja odkrywają w zwykłym ekranie coś, czego nie powinno tam być: zieloną kopułę ukrytą jak przejście do innego świata. Gdy próbują ją dosięgnąć, granica między rzeczywistością a czymś obcym zaczyna pękać.

Nela leżała na dachu starego garażu i gapiła się w niebo, jakby mogło jej wreszcie podsunąć odpowiedź. Było późne popołudnie. Po deszczu powietrze miało ciężki, zielony zapach mokrej trawy i rozgrzanej blachy, a z pobliskich ogródków dobiegały krzyki dzieci, szczęk rowerowych dzwonków i odległe brzęczenie kosiarek.

Nela jednak widziała tylko ekran telefonu. Gdy przekręcała go pod dziwnym kątem, na własne odbicie nakładał się obraz, który nie miał prawa istnieć: fragment ogromnej kopuły porośniętej roślinami. Nie zwykłej szklarni ani bańki z plastiku. Czegoś starszego, bardziej obcego, jakby świat po drugiej stronie szkła zarósł zielenią i czekał, aż ktoś go zauważy. Kiedy Nela spróbowała dotknąć tej poświaty, przeszył ją krótki dreszcz, zimny jak iskra.

Nie powiedziała nikomu od razu. Przez dwa dni chodziła z tym sama, coraz bardziej pewna, że albo zwariowała, albo trafiła na coś, czego nie umiała nazwać. Dopiero na trzecie popołudnie przyprowadziła na dach Jonasza i Maję.

Jonasz od początku patrzył na nią tak, jakby miał już gotowe wyjaśnienie. Zawsze najpierw szukał błędu, dopiero potem cudu. Maja za to nic nie mówiła; tylko wzięła telefon Neli, ustawiła go tak samo i zmrużyła oczy. Po chwili pobladła.

„Widzisz to?” zapytała Nela.

Maja skinęła głową. „Kopułę.”

Jonasz prychnął, ale kiedy sam spojrzał w ekran, jego pewność stopniała. Na wyświetlaczu mignęła ta sama zielona, pulsująca półkula, jakby coś pod powierzchnią światła oddychało.

Przez następny tydzień wracali tam codziennie. Przekręcali telefony, zmieniali miejsca, czekali na zachód słońca, sprawdzali każdy kąt dachu i każdą rysę w blasze garażu. Nic. Aż do wieczoru, kiedy słońce osiadło nisko nad ogrodami, a niebo zrobiło się pomarańczowe jak rozgrzany metal.

Nela pochyliła się nad ekranem i, nie myśląc już o niczym, dotknęła zielonego światła.

Palec nie zatrzymał się na szkle. Zapadł się w chłodną, drżącą powierzchnię, jakby telefon nagle stał się wodą.

„Nela?” szepnęła Maja.

Ekran rozbłysnął tak mocno, że wszyscy odruchowo zasłonili oczy. Dach zawirował im pod stopami, wiatr szarpnął ubraniami, a świat rozpadł się na błysk i cień.

Kiedy odzyskali równowagę, stali już gdzie indziej. Wysoko nad nimi łukiem ciągnął się zielony sufit z przezroczystego szkła, a wokół rosły obce, wilgotne rośliny o liściach tak dużych, że mogłyby przykryć człowieka. Powietrze było gęste, ciepłe i obce.

Wtedy gdzieś w głębi ogromnej szklarni rozległ się głuchy stuk.

Potem drugi.

A liście przed nimi zaczęły drżeć, jakby coś właśnie szło w ich stronę.