Zimorodek z Lasu Welesowego

W pradawnym Lesie Welesowym Jagna i Jarek znajdują pióro niezwykłego ptaka. Trop prowadzi ich coraz głębiej między stare drzewa, aż las sam zaczyna do nich przemawiać.

Las Welesowy rósł tuż za południową granicą Strzygonki, ale nikt ze wsi nie mówił o nim lekko. Nawet w pogodny dzień panował tam półmrok, a mgła potrafiła usiąść między pniami tak gęsto, jakby ktoś rozlał mleko na ziemię. Drzewa trzeszczały cicho, szumiały wysoko nad głowami i sprawiały wrażenie, jakby znały jakieś stare tajemnice, których człowiekowi nie wypada podsłuchiwać.

Dla Jagny i Jarka to właśnie był najlepszy las na świecie.

W niedzielny poranek, po nocnej burzy, Jagna wyszła przed chatę boso, jeszcze zaspana. Na progu leżało pióro. Nie szare, nie bure, nie takie jak u kury czy sroki, ale błyszczące zielenią, błękitem i złotem naraz. Kiedy dziewczynka podniosła je z ziemi, skóra na palcach lekko ją zapiekła, jakby dotknęła iskry.

Jarek od razu nachylił się nad jej dłonią.

– To nie jest zwykłe pióro – szepnął.

Jagna skinęła głową. Babcia kiedyś opowiadała im o zimorodku, który pokazuje się tylko wtedy, gdy w lesie dzieje się coś niezwykłego. Wtedy Jarek śmiał się jeszcze z takich historii, ale teraz nie umiał oderwać wzroku od migoczącego pióra.

– Idziemy – powiedziała Jagna bez wahania.

Spakowali do plecaków chleb z masłem, kawałek sera i manierkę z wodą. Nie powiedzieli nikomu, dokąd się wybierają, bo i tak nikt nie pozwoliłby im iść tak głęboko w las. A jednak już po chwili stawiali ostrożne kroki między omszałymi kamieniami i powalonymi korzeniami, a pióro, wsunięte za pasek Jagny, co jakiś czas delikatnie mrowiło ją w skórę, jakby prowadziło dalej.

Im bliżej środka Welesowego Lasu, tym ciszej robiło się wokół. Nawet ptaki śpiewały inaczej, urywanym, niespokojnym głosem. Po wilgotnej ziemi wiodły ślady małych łapek, zbyt drobnych na lisa, ale zakończonych ostrymi odciskami, jakby coś przemykało tędy szybko i lekko jak cień.

Jarek przykucnął przy tropie.

– Widzisz? Ktoś tu był przed nami.

Zanim Jagna zdążyła odpowiedzieć, wiatr nagle ucichł. Między najgrubszymi dębami podniosła się mgła, gęsta i biała. Zsunęła się nisko nad ziemię i zasłoniła drogę tak szybko, że oboje cofnęli się o krok. W samym jej środku błysnęło coś niebieskiego i zielonego, jakby mały płomień zatańczył nad runem.

Jagna ścisnęła mocniej pasek plecaka.

Nad ich głowami zaszeleściły gałęzie. Potem rozległ się głos. Cichy, czysty i dziwnie poważny, zupełnie niepodobny do ludzkiego:

– Po co przybyliście do lasu, dzieci ludzi?