Willy Wiewiórka piecze okrągłe ciasto czekoladowe, ale każdy jego wyjście kończy się kolejnym znikającym kawałkiem. Kiedy zaczyna śledztwo, w kuchni dzieje się coś bardzo podejrzanego.
Był ciepły, wiosenny poranek w lesie, który nigdy nie spał. Ptaki ćwierkały tak głośno, jakby ćwiczyły na wielki koncert, a liście błyszczały po nocnej rosie. W domku na drzewie Willy Wiewiórka właśnie wyciągnął z pieca swoje dzieło: okrągłe ciasto czekoladowe, pachnące tak cudownie, że aż zakręciło mu się w nosie.
Na wierzchu leżały chrupiące orzechy od pani Sowy. Ciasto wyglądało prawie jak małe słońce, tylko dużo smaczniejsze. Willy uśmiechnął się szeroko.
— To będzie najlepsze ciasto w lesie — powiedział i aż klasnął łapkami.
Ale kiedy pobiegł zaprosić przyjaciół, wydarzyło się coś bardzo dziwnego. Gdy wrócił do kuchni, ciasto było mniejsze. Nie o dużo. Tylko o jeden kawałek. Willy zmrużył oczy.
— Hm. To nie wygląda jak zwykłe „zjadło mi się samo” — mruknął.
Pobiegł więc po pomoc, ale znowu tylko na chwilkę. A kiedy wrócił, ciasto zniknęło jeszcze bardziej. Jedna dziurka. Potem druga. I jeszcze jedna.
Willy pochylił się nad stołem, bardzo poważny jak detektyw z kreskówki.
— Dobrze. Koniec zabawy. Ktoś podjada moje ciasto i zaraz zostawi mnie z samym talerzem!
Szybko ułożył plan. Postawił ciasto na środku kuchennego stołu, a sam schował się za zasłoną w salonie. Ustawił uszy jak antenki i nawet nie mrugał.
Czas płynął powoli. Na dworze słońce schowało się za chmurą. W kuchni zrobiło się cicho. Za cicho.
I wtedy drzwi zaczęły się powoli otwierać...