Antek w pustej szkolnej szatni odkrywa, że potrafi znikać własnymi dłońmi. Zanim zdąży zrozumieć, co się dzieje, w mroku pojawia się ktoś, kto może znać jego sekret.
Po lekcjach szkolna szatnia była prawie pusta. Zostało tylko echo kroków i zapach mokrych kurtek. Antek szedł w stronę swojej szafki z plecakiem ciężkim tak, jakby ktoś wsypał do niego kamienie.
Kiedy zatrzymał się przy drzwiczkach, zobaczył coś dziwnego w brudnej szybie. Jego cień stał nierówno na podłodze, a tam, gdzie powinny być dłonie, była tylko gładka, ciemna plama. Antek odruchowo uniósł ręce przed twarz. Palce były na miejscu. Zacisnął je mocno, potem puścił.
Mrugnął.
Wtedy skóra na jego dłoniach zaczęła blednąć, jakby ktoś ścierał ją gumką. Najpierw zniknęły czubki palców, potem kostki, aż w końcu całe ręce rozpłynęły się w powietrzu.
Spróbował złapać za klamkę. Poczuł ją wyraźnie pod niewidzialnymi palcami. Szarpnął rękawem, ale z bluzki zwisało tylko puste końcówka materiału, jakby ktoś odciął mu dłonie nożyczkami zrobionymi z mgły.
Nagle z korytarza dobiegł stukot butów.
Antek odskoczył od szafki tak gwałtownie, że plecak zsunął mu się z ramienia i z łoskotem uderzył o podłogę. Schował ręce za plecami, choć to wcale nie mogło niczego ukryć. Drzwi szatni uchyliły się powoli ze skrzypnięciem.
Do środka wszedł Kuba.
Największy klasowy łobuz zatrzymał się w progu i zmrużył oczy.
Antek poczuł, jak serce wali mu w piersi jak szalone. Chciał odsunąć się krok do tyłu, ale jego stopy jakby przykleiły się do podłogi. Kuba zrobił jeszcze jeden krok. Potem spojrzał nie na twarz Antka, tylko niżej, na pustkę przy jego bokach.
Antek otworzył usta, ale nie zdążył nic powiedzieć.
Na szarej posadzce między nimi przesunął się cień. Nie był jego. Był wąski, wydłużony i miał coś, co wyglądało jak obca dłoń, powoli sunąca w stronę Antka.