Kiedy szkolny dzwonek zaczyna cichnąć, a potem znika bez śladu, Lena i Wojtek wpadają na trop, który prowadzi ich do zamkniętej pracowni technicznej.
Szkoła imienia Stefana Banacha stała na rogu ulicy jak każdy inny szkolny gmach: szara elewacja, długie korytarze, wiecznie uchylone okna i echo kroków, które odbijało się od ścian dłużej, niż powinno. Jesienią wszystko wydawało się jeszcze bardziej matowe, jakby deszcz i mgła wchodziły do środka razem z uczniami.
Lena siedziała na parapecie przy sali biologicznej i patrzyła przez zaparowaną szybę na boisko, gdzie wiatr kręcił żółtymi liśćmi w małe wiry. Obok niej Wojtek grzebał w kieszeni bluzy, aż w końcu wydobył stamtąd garść chrupków kukurydzianych. Jednego wsunął do ust, kiedy rozległ się dzwonek.
Tyle że ten dźwięk nie zabrzmiał tak jak zwykle. Był krótszy. Chrapliwy. Jakby ktoś przekręcił głośność tuż przed końcem.
– Też to słyszysz? – spytała Lena, odwracając się do niego.
Wojtek zmarszczył brwi.
– Coś mi się wydaje, że ten dzwonek zaraz się obrazi i całkiem przestanie działać.
Zaśmiała się, ale następnego dnia nie było już czego zbywać żartem. Dzwonek zadzwonił ciszej. Potem jeszcze ciszej. A w środę rano po prostu nie zadzwonił wcale.
Na korytarzu zrobiło się zamieszanie. Jedni uczniowie patrzyli na zegarki, inni na nauczycieli, jakby ktoś nagle wyłączył zasady działania szkoły. Pani od matematyki wyszła z klasy z miną człowieka, któremu ktoś właśnie ukradł grunt spod nóg. Dyrektorka pojawiła się chwilę później, szybkim krokiem przemierzając korytarz, i wszyscy odruchowo zesztywnieli.
– To nie może tak wyglądać – mruknęła Lena.
– Co nie może? – spytał Wojtek.
– To. Jakby coś się tu rozkręcało. Najpierw cichnie, potem znika.
Wojtek przestał chrupać.
Po lekcjach nie poszli od razu do domu. Zamiast tego skręcili w stronę gabinetu dyrektorki, udając, że szukają zgubionego dziennika. Korytarz był pusty, tylko z oddali dochodził stukot sprzątaczki i szelest wiadra po linoleum. Lena zwolniła przy drzwiach starej pracowni technicznej, której od miesięcy nikt nie otwierał.
Spod szczeliny pod drzwiami mignęło światło.
Nie zwykłe światło lampy. Krótkie, drgające błyski, jakby ktoś w środku majstrował przy kablach albo sprawdzał coś w ciemnościach. Po chwili dobiegł ich cichy, metaliczny dźwięk, podobny do urwanego dzwonka.
Wojtek spojrzał na Lenę, a ona poczuła, że serce zaczyna jej bić szybciej.
– Widzisz to samo co ja? – szepnął.
Lena skinęła głową.
Drzwi były uchylone na szerokość dłoni.
Z wnętrza dobiegł nagły szelest, potem coś ciężkiego przesunęło się po podłodze. Światło zgasło tak gwałtownie, że na moment korytarz wydał się czarną, pustą rurą.
A potem ktoś po drugiej stronie położył rękę na klamce.