Zosia i Tymek zauważają, że w Mieście Emocji barwy zaczynają blednąć. Gdy trop prowadzi ich do tajemniczego chłopca w granatowym płaszczu, sprawa robi się coraz dziwniejsza.
W Mieście Emocji każda ulica miała własny odcień. Na Pomarańczowej śmiał się wiatr, a Skwer Zielonej Nadziei pachniał spokojem i świeżą trawą. Zosia lubiła patrzeć rano przez okno, bo barwy nigdy nie stały w miejscu. Drżały lekko, mieniły się, przygasały albo rozbłyskiwały, jakby całe miasto oddychało razem z ludźmi.
Tego ranka Zosia aż zmrużyła oczy. Coś było nie tak. Zamiast zwykłej feerii kolorów przed ich domem ciągnęła się szara mgła. Żółte słońce wisiało nad dachami blade i wystraszone, jakby ktoś starł je gumką do mazania.
– Tymek! – zawołała. – Chodź szybko!
Jej młodszy brat wybiegł z pokoju z fioletową piłką pod pachą. Zatrzymał się w pół kroku, gdy zobaczył podwórko.
– Czemu wszystko wygląda jak mokry popiół? – szepnął.
Spojrzał na swoją piłkę i aż otworzył usta ze zdumienia. Ulubiona fioletowa piłka też zbledła. Była teraz matowa, niemal szara.
– Moja piłka nie może być szara – powiedział z rozpaczą. – Przecież ona zawsze jest fioletowa.
W kuchni mama mieszała ciasto na festynowe babeczki. Zwykle jej ruchy były szybkie i pewne, ale teraz lukier kapał z łyżki bezbarwną smugą, a w oknie odbijała się jej zmęczona twarz.
– Dzieci... – zaczęła cicho. – Mam wrażenie, że w mieście dzieje się coś dziwnego. Ludzie przestali mówić, co naprawdę czują.
Zosia od razu pomyślała o sąsiedzie z naprzeciwka. Jeszcze wczoraj machał wszystkim z progu, a dziś stał przy płocie ze spuszczoną głową i tak mocno ściskał czapkę, jakby chciał schować pod nią cały świat.
Zosia poczuła nagłe ukłucie niepokoju.
– To dlatego kolory bledną – powiedziała. – Jeśli każdy chowa emocje, miasto też zaczyna się ukrywać.
Tymek spojrzał na nią szeroko otwartymi oczami, w których strach mieszał się z ciekawością.
– To trzeba znaleźć, kto zaczął pierwszy. Albo... co to w ogóle zaczęło zabierać barwy.
Bez dłuższego namysłu wybiegli na ulicę. Powietrze było chłodne, a cisza dziwnie gęsta, jakby nawet bruk nasłuchiwał ich kroków. Na rogu, pod latarnią, stał chłopiec w granatowym płaszczu. W dłoniach trzymał mały słoik pełen migoczących łez, które połyskiwały jak kawałki szkła.
Tymek zrobił krok do przodu.
– To ty zabierasz kolory? – zapytał.
Chłopiec podniósł wzrok. Spojrzał na nich tak poważnie, że Zosi przeszły ciarki po plecach. Potem mocniej zacisnął palce na słoiku i powiedział tylko:
– Jeśli tu przyszliście, to znaczy, że już je słyszycie.