Maks, Zosia i Igor nocują na Strachowej Polanie, gdy wśród drzew pojawiają się tajemnicze światła. Im ciemniej wokół, tym mniej wiadomo, co naprawdę kryje się w lesie.
Piątkowy wieczór na Strachowej Polanie miał być zwyczajny tylko przez chwilę. Maks, Zosia i Igor właśnie wbijali ostatni śledź od namiotu, a las otaczał ich coraz gęstszą, czarną ciszą. Miejsce miało swoją legendę: podobno po zmroku błąkał się tu duch starego myśliwego. Maks parsknął śmiechem i dorzucił gałązkę do ognia, ale Igor aż się wzdrygnął. Zosia próbowała rozładować napięcie żartami, choć sama co chwilę spoglądała w stronę drzew.
Kiedy niebo zupełnie pociemniało, coś mignęło między pniami. Małe, zielone światło. Tak nagle, że Maks zamilkł w pół zdania. „Widzieliście?” szepnął Igor. „Pewnie świetlik” odparła Zosia z wymuszonym spokojem, ale w jej głosie zabrzmiała niepewność. Po chwili po lewej stronie polany zamigotało kolejne światełko, potem trzecie i czwarte. Nie świeciły jednak jak świetliki. Płynęły powoli, w równym kręgu, jakby ktoś prowadził je niewidzialną ręką.
Przyjaciele przytulili się do siebie tak mocno, że niemal zniknęli w cieniu namiotu. Nikt nie żartował już ani nie sięgał po pieczone pianki. Wtedy gdzieś głębiej w lesie rozległ się suchy trzask gałęzi. Maks wstał tak gwałtownie, że przewrócił kubek. „Zostańcie przy ogniu” wyszeptał, choć sam ledwo panował nad głosem. Zrobił kilka ostrożnych kroków w stronę świateł.
I właśnie wtedy wszystkie zgasły naraz.
Polana zapadła się w ciemność tak nagłą, że przez chwilę nie było widać nawet własnych dłoni. Z krzaków obok Igora dobiegł cichy szelest. Zosia chwyciła go za rękę. Maks stanął nieruchomo, wpatrzony w czarną ścianę drzew. Z głębi lasu rozległ się szept, cichy i dziwnie znajomy.
„Nie idźcie tam...”