Kuba, Basia i Tomek trafiają na migoczące światło w opuszczonej kopalni za miastem. Im głębiej wchodzą, tym bardziej legenda o Dziwnym Górniku wydaje się niepokojąco prawdziwa.
Kuba, Basia i ich młodszy brat Tomek od zawsze mieli nosa do tajemnic. Kiedy inne dzieci wracały do domu na kolację, oni wciąż krążyli po okolicy na rowerach, zaglądając do zarośniętych sadów, starych budynków i miejsc, które na mapie wyglądały niewinnie, a w rzeczywistości budziły dreszcz.
Tamtego dnia słońce już prawie dotykało dachów miasteczka, gdy Basia rozłożyła na kolanach pożółkłą mapę dziadka. Przez chwilę przesuwała palcem po papierze, aż zatrzymała się na małej kresce za lasem.
— Tu jest stara kopalnia — powiedziała ciszej niż zwykle. — Ta, o której mówią, że po zmroku lepiej się nie zbliżać.
Tomek uniósł głowę znad swojej latarki. Kuba od razu poczuł, jak szybciej bije mu serce. O kopalni słyszeli już wiele razy. Starsi w miasteczku mówili o niej półgłosem, jakby sam dźwięk nazwy mógł kogoś ściągnąć w kłopoty. A najdziwniejsza była historia o Dziwnym Górniku, który miał pojawiać się wtedy, gdy w tunelach gaśnie światło.
— Sprawdźmy to — szepnął Kuba.
Do kopalni dotarli, gdy niebo zrobiło się granatowe, a ostatnie światła miasta zostały daleko za plecami. Brama stała uchylona, jakby ktoś wszedł tu przed chwilą i nie zdążył jej domknąć. Z głębi szybu sączył się słaby blask. Nie był jasny. Bardziej przypominał drżenie światła za cienką szybą.
— Przecież tam nie powinno nic świecić — powiedział Tomek i ścisnął mocniej latarkę.
Basia nie odpowiedziała. Zrobiła krok do przodu, potem drugi, a deski pod ich butami cicho jęknęły. Powietrze w środku było chłodne i wilgotne, pachniało kamieniem oraz czymś jeszcze, metalicznie i starym. Kiedy Kuba podniósł latarkę, po ścianach przebiegły długie cienie, jakby coś poruszyło się tuż poza zasięgiem światła.
Nagle latarka Tomka zgasła.
— Tomek? — Kuba odwrócił się gwałtownie, ale odpowiedziała mu tylko ciemność.
W tej samej chwili z głębi korytarza dobiegło ciche szuranie. Potem jeszcze jedno. I bardzo długie, przeciągłe westchnienie, tak bliskie, że Kuba aż wstrzymał oddech.
Po chwili przed nimi pojawiło się światło. Najpierw ledwie widoczne, potem coraz wyraźniejsze. Migotało, zbliżało się powoli, jak latarnia niesiona w ręku kogoś, kogo nie dało się jeszcze zobaczyć.
Basia chwyciła Kubę za ramię. Tomek cofnął się o pół kroku.
A migoczący blask ruszył prosto w ich stronę.