Lena, Bartek i Zosia jadą pod opuszczony młyn na skraju miasteczka. Gdy zapada zmrok, w oknach pojawia się światło, choć budynek od lat stoi pusty.
Kiedy pierwsze kasztanowe liście zaczęły wirować nad polaną, Lena pędziła przodem, a za nią jechali Bartek i Zosia. Koła rowerów szumiały po twardej ziemi, a przed nimi, na końcu Kwiatowej Uliczki, wyrastał stary młyn. Cegły miał ciemne od wilgoci, dach przekrzywiony, a zardzewiałe skrzydła nieruchome jak rozpięte ramiona olbrzyma.
Lena wybrała to miejsce nie bez powodu. Ostatni piątek wakacji miał być inny niż wszystkie. Bartek, choć udawał spokojnego, co chwilę zerkał na młyn kątem oka. Zosia przytuliła do plecaka breloczek z latarką i mocniej ścisnęła swojego pluszowego nietoperza, jakby bez niego nie dało się przejść ani kroku dalej.
Gdy dotarli na miejsce, niebo przybrało kolor dojrzałych śliwek. Wiatr przeciskał się przez szczeliny w murach i poruszał suchą trawą na dziedzińcu. Lena rozłożyła koc przy starym murze, Bartek odstawił termos z herbatą, a Zosia zapatrzyła się w wysokie okna młyna. Jedna szyba była wybita, druga cała pokryta pajęczyną drobnych pęknięć.
— Tata mówił, że kiedyś pracowano tu całą noc — odezwał się Bartek, jakby chciał rozproszyć ciszę. — W młynie nie gasło światło aż do świtu.
— To właśnie dziwne — szepnęła Zosia. — Bo tam, na górze, znowu się pali.
Lena od razu podniosła głowę. Na najwyższym piętrze, za brudną szybą, mignęło żółtawe światło. Nie trwało długo. Zgasło tak szybko, jakby ktoś odsunął latarkę od okna. Po chwili błysnęło znowu, tym razem wyżej, jakby coś albo ktoś przechodził przez ciemny korytarz.
— Może to odbicie? — powiedział Bartek, ale jego głos zabrzmiał ciszej, niż chciał.
— Księżyc jeszcze nie wstał — przypomniała Lena.
Zosia zrobiła krok bliżej i spojrzała na młyn tak poważnie, że aż Bartek przestał żartować.
— To wejdźmy i sprawdźmy — powiedziała Lena.
Zostawili rowery przy drzewie i ruszyli do ciężkich, drewnianych drzwi. Deski pod ich butami skrzypiały, a z wnętrza dobiegał ledwie słyszalny szmer, jakby po ciemku ktoś przewracał kartki albo stawiał bardzo ostrożne kroki. Kiedy Lena położyła dłoń na zimnej klamce, wiatr nagle ucichł.
Drzwi jęknęły przeciągle i uchyliły się o szerokość dłoni. W środku pachniało kurzem, mokrym drewnem i czymś jeszcze, czymś, czego nikt z nich nie potrafił nazwać. Przez moment nic się nie ruszało.
A potem na górze znów zamigotało światło. Tym razem było bliżej. Zdecydowanie bliżej.