W szkole przy ulicy Klonowej pewnego ranka milknie nowy dzwonek. Oliwia, Maks i Tomek wpadają na trop zagadki, ale ktoś zdaje się być o krok przed nimi.
Przy ulicy Klonowej, pod starymi kasztanowcami, stała duża żółta szkoła. Z daleka wyglądała zwyczajnie, prawie nudno, ale tylko do wtorkowego poranka, kiedy wszystko nagle przestało działać tak, jak powinno.
Oliwia, Maks i Tomek z 5b przyszli jak zwykle wcześniej. Wszyscy czekali na pierwszy dzwonek, ten nowy, głośny i trochę zadziorny, który miał brzmieć jak prawdziwy szkolny start. Zamiast niego rozlała się po korytarzu cisza. Tak gęsta, że nawet szuranie butów wydawało się podejrzane.
Uczniowie patrzyli na drzwi klas, potem na zegarki, a potem na siebie nawzajem. Ktoś spytał półgłosem, czy to awaria. Ktoś inny zaczął odliczać minuty do końca lekcji, chociaż lekcja jeszcze się nie zaczęła. Nauczyciele krążyli między klasami coraz szybciej, a pani z matematyki w końcu po prostu klasnęła w dłonie tak głośno, że wszyscy podskoczyli.
— Dzwonek nie ma prawa zniknąć — szepnęła Oliwia. — Wczoraj działał.
Maks zerknął w stronę sekretariatu, jakby stamtąd miało zaraz paść jakieś wyjaśnienie. Tomek zmrużył oczy.
— A jeśli ktoś go schował?
To wystarczyło. W czasie długiej przerwy troje przyjaciół przecisnęło się za wielką tablicę korkową i zaczęło układać własną wersję wydarzeń. Tomek mówił szybko, z błyskiem w oku, jakby już widział cały plan ukryty za ścianami szkoły.
— Ostatni raz widzieliśmy go w sali numer 12. Tam wszystko zaczyna się zgadzać.
Sala była pusta. Za to w środku unosił się dziwny zapach, jakby ktoś przed chwilą rozlał kakao na zakurzoną podłogę. Pod podestem coś błysnęło tak krótko, że Maks prawie uznał to za złudzenie. Oliwia zrobiła krok naprzód.
W tej samej chwili na korytarzu rozległy się ciężkie kroki. Ktoś zatrzymał się tuż przed drzwiami.