Po lekcjach Weronika, Michał, Igor i Lena zostają w szkole na projekt z fizyki i trafiają na coś, czego nie powinni zobaczyć: profesora Białka z tajemniczym urządzeniem i jego nagłe zniknięcie.
Szkoła nr 7 przy ulicy Zielonej po zmroku traciła swój codzienny porządek. Korytarze wydawały się dłuższe, niż były za dnia, a jarzeniówki nad głowami mrugały niespokojnie, jakby same chciały już zgasnąć. Weronika, Michał, Igor i Lena zostali po lekcjach tylko na chwilę, żeby dokończyć projekt z fizyki, ale „chwila” rozciągnęła się w godzinę, potem w następną, aż w końcu szkoła zupełnie opustoszała.
Kiedy spakowali zeszyty i odłożyli laptop na biurko, Weronika pierwsza zorientowała się, że coś jest nie tak.
Pociągnęła za klamkę drzwi prowadzących do głównego hallu. Raz. Drugi.
Nic.
— Zamknięte — powiedziała cicho, bardziej do siebie niż do reszty.
Michał podszedł szybkim krokiem i nacisnął klamkę mocniej, jakby siła mogła zmienić stan zamka.
— To niemożliwe. O siedemnastej mieliśmy wychodzić razem z panią woźną.
Igor zerknął w stronę ciemniejących okien i spróbował się uśmiechnąć, ale wyszło mu to krzywo.
— Super. Czyli jesteśmy uwięzieni w szkole. Zawsze chciałem sprawdzić, jak to jest.
— Nie teraz — mruknęła Lena.
Zamilkli, bo z końca korytarza dobiegł ich dźwięk, którego nie dało się pomylić z niczym innym. Krótki, metaliczny zgrzyt. Potem cichy szelest, jakby ktoś przesuwał krzesło po podłodze.
Weronika ścisnęła pasek plecaka.
— Słyszeliście?
Michał skinął głową. Tym razem nawet Igor przestał żartować.
W laboratorium fizycznym paliło się światło. Drzwi były uchylone tylko na kilka centymetrów, ale przez szczelinę widać było ruch. Cztery sylwetki podeszły bliżej, niemal bezszelestnie, jakby ktoś od razu kazał im nie oddychać za głośno.
W środku stał profesor Białek.
Ich nauczyciel fizyki był zwykle spokojny, uporządkowany, trochę rozkojarzony, ale teraz wyglądał inaczej. Nerwowo zapinał plecak, do którego wciskał coś ciężkiego i nienaturalnie połyskującego. Metalowe elementy uderzały o siebie z krótkim, ostrym brzękiem.
— Profesorze? — szepnęła Lena, zanim zdążyła się powstrzymać.
Białek nie odpowiedział.
Odwrócił się gwałtownie. Na sekundę spotkał ich wzrok. W jego twarzy nie było ani zaskoczenia, ani złości. Tylko czysty strach.
Potem coś błysnęło.
Powietrze w laboratorium zafalowało, jakby ktoś pociągnął za niewidzialną zasłonę. Zapachniało ozonem i rozgrzanym metalem. Profesor Białek cofnął się o krok, otworzył usta, jakby chciał coś powiedzieć, i zniknął bez śladu.
Został po nim tylko uchylony plecak, ciche trzaski dobiegające z podłogi i urządzenie, które leżało na stole, nadal lekko drżąc.
Nikt się nie odezwał.
Za oknem było już całkiem ciemno, a w korytarzu nagle zrobiło się chłodniej.
Weronika pierwsza zrobiła krok do przodu.
— Jeśli to widzieliśmy naprawdę — powiedziała szeptem — to musimy sprawdzić, co profesor Białek ukrywał, zanim ktoś inny wróci do tego laboratorium.