Zuzia odnajduje w ogrodzie maleńkie, lśniące drzwi i trafia do świata wysoko w chmurach. Lecz kiedy chce wejść dalej, ktoś wzywa ją z mgły.
Zuzia lubiła biegać po ogrodzie i udawać, że odkrywa nieznane krainy. Pewnego popołudnia ruszyła za dużym motylem o skrzydłach jak płatki żółtego światła. Motyl zniknął za krzakiem porzeczek, a tam, w cieniu liści, Zuzia zobaczyła coś zupełnie niezwykłego: maleńkie drzwi, błyszczące jak cukierek. Miały kolorowe ramki i srebrną klamkę, a na niej wisiał drobny kluczyk.
Zuzia przykucnęła. Drzwi wyglądały, jakby czekały właśnie na nią. Włożyła kluczyk do zamka i przekręciła go cicho. Skrzypnęło tylko raz. Gdy uchyliła skrzydło, aż cofnęła się o krok. Za drzwiami nie było pokoju ani ściany. Były tam chmury. Puszyste, jasne, płynące wolno jak miękkie fale. Pomiędzy nimi wiły się tęczowe mosty, a nad nimi migały małe kotki ze skrzydłami.
Zuzia ostrożnie postawiła stopę na najbliższej chmurce i poczuła, że lekko unosi się w górę. Wtedy nad jej głową przemknął uśmiechnięty smok, a z daleka ktoś pomachał jej białym kapeluszem. Zuzia szeroko otworzyła oczy. To miejsce było piękne, ale też dziwnie ciche. Nagle jedna z chmur zawirowała, jakby ktoś schował się w środku, i z mgły dobiegł szept: „Zuzia... przyszłaś w samą porę?”